Sevilla

W dniu przybycia lansyerów do Sewilli mar­szałek Soult prosił do siebie na obiad korpus oficerów, a nazajutrz oficerowie konno oddawali wizyty wyższym jenerałom. „Ubiór nasz był pię­kny, opowiada Wojciechowski, konie dzielne, oficerowie młodzi i przystojni, nie jednem zwy­cięstwem głośni; przypatrywały nam się też Hiszpanki, a na nasz widok nie jednej się oczko uśmiechnęło, nie jedno serduszko zapukało

Nakoniec w niedzielę rano ukazała się uła­nom Sewilla, owa stolica królowej Izabeli, pełna wież i kościołów. Pułk uszykował się w alejach nad rzeką Gwadalkwiwir i tam go marszałek Soult obejrzał. Potem przeszli lansyerowie przez most, gdzie ich na przedmieściu Triena wygodnie rozkwaterowano. Uderzało to naszych zuchów, że mieszkańcy wcale się nie pokazywali; dowie­dzieli się potem, że osobna deputacya prosiła Soulta, by ułani nie stali w mieście, bo wieśćniosła, że ludzi jedzą. Gdy jednak później prze­konali się, że nie ma łagodniejszego stworzenia jak żonierz polski, drugą deputacya wysłali do Soulta, żeby ich przeniósł do miasta. Ale Ko­nopka nie zgodził się na to.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.

W dniu przybycia lansyerów do Sewilli mar­szałek Soult prosił do siebie na obiad korpus oficerów, a nazajutrz oficerowie konno oddawali wizyty wyższym jenerałom. „Ubiór nasz był pię­kny, opowiada Wojciechowski, konie dzielne, oficerowie młodzi i przystojni, nie jednem zwy­cięstwem głośni; przypatrywały nam się też Hiszpanki, a na nasz widok nie jednej się oczko uśmiechnęło, nie jedno serduszko zapukało.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.

Pobyt w Sewilli był bardzo przyjemny. Kar­mieni, pojeni do sytości, na wygodnych kwate­rach o wszystkich zapomniawszy trudach, ułani byli szczęśliwi. Ale szczęście nigdy długo nie trwa, zwłaszcza na wojnie. „Już upłynęło dni dziesięć, czytamy we wspomnianych pamiętni­kach, jakeśmy błogie życie prowadzili w Sewilli, gdy wieczorem podczas kolacyi, na której spija­liśmy doskonały Xeres, daje trębacz apel na sierżantów od służby. Wtem wypada Jagielskiemu łyżka z ręki, zbladł jak trup i zawołał: „ja na tej wyprawie zginę“.

Ruszyliśmy się do butelek i do koni, a ja wziąwszy dwie butelki Xeresu do kieszeni w rajtuzy, ruszyłem do Jagielskiego. Był on podoficerem od flankierów, a jako dobry chłopiec i tęgi żołnierz, lubiony od wszystkich. Zastałem go rozciągniętego na łóżku w rozpaczy, i gdym się o przyczynę pytał, to powiedział, że rychłą śmierć swoję przeczuwa. Pułk już był wystąpił, gdy Jagielski zbliżywszy się do mnie na koniu, prosił, aby od flankierów mógł do kompanii powrócić; co gdy zameldowano kapi­tanowi Leszczyńskiemu, ten na to zezwolił. Poczem ruszyliśmy w pochód“.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.

[Po bitwie pod Albuerą czerwiec 1811 roku]

W Sewilli znalazłem wielu rodaków, szczególniej z 7go półku piechoty księstwa Warszawskiego. Tam złączyłem się z walecznym naszym szefem szwadronu Huppetem, któren dowiedziawszy się o mojem przybyciu, kazał mnie natychmiast do lazaretu przynieść; a powziąwszy wiadomość od doktorów, iż byli za odcięciem mi prawej ręki, i wstrzymywał ich tylko nadzwyczajny mój stan osłabienia, ulokował mnie w swoim osobnym po­koju w lazarecie, gdzie wesołym humorem i rzadką wy­trwałością do cierpliwości w cierpieniach, zachęcał.

Zamknięci w szpitalu, pod bokiem miasta opasanego murem, z bramami mocno strzeżonemi i tam nawet ranni bezpiecznemi nie byli. Jednej bowiem nocy pogo­dnej, partya gierylasów przeciągnąwszy około lazaretu, napadła na straż u bramy stojącą, pochwyciła oficera z całą wartą, a gdy ich prowadziła przed naszemi oknami, widzieliśmy, jak szturgano, popychano te nieszczęśliwe ofiary. Ten widok przeraził wszystkich, a obawa aby nas kiedy nie wymordowano, odtąd nam pokoju nie dawała.

_____

Kajetan Wojciechowski, Pamiętniki moje z Hiszpanii, wydał Leon Potocki, Drukarnia Stanisława Strąbskiego, Warszawa 1845

Tą myślą przejęci, jedni przygotowywali broń ku obro­nie, drudzy z bojaźliwych żartowali, gdy pewnej nocy, żołnierz Francuzki lekko ranny, wypatrzywszy, iż sąsiad jego mocno ranny ma bogaty zegarek, skoro się w sali uciszyło, wyciągnął mu go spod poduszki. Właściciel zegarka obudziwszy się raptem , zawołał przeraźliwie: „łapaj złodzieja!” Każdemu z nas ze snu przebudzonemu zdawało się, że wołają do broni. Dalej więc uciekać. Sztukanie po korytarzach na kulach, lub szczudłach cho­dzących, wrzask i jęki poprzewracanych na schodach, zagłuszały wszystko. Nie można było słyszeć czy warta strzela, ani wiedzieć co się poza lazaretem dzieje, gdy tymczasem do każdych drzwi się dobijano. Ja z Huppetem zatarasowaliśmy drzwi nasze, przygotowaliśmy szable, z mocnem przedsięwzięciem bronienia się do ostatka. Aż na koniec dnieć zaczęło, i rzecz cała się wykryła. Smutna ta pomyłka drogo nas kosztowała; znaleziono bowiem umarłych, po korytarzach, schodach, pokikach, pod strychem, nawet na dachu. Żyjących zaś tru­dno było nazad sprowadzić i do zdrowia przywrócić. Wielu też korzystając z okoliczności, umykać z lazaretu zaczęło. W tych liczbie i ja byłem , a namówiony przez Trzebuchowskiego, umknąłem do pułku, gdzie mnie sztabowy nasz lekarz Rorych z niebezpieczeństwa wy­prowadził, ale do zdrowia nie przywrócił.

_____

Kajetan Wojciechowski, Pamiętniki moje z Hiszpanii, wydał Leon Potocki, Drukarnia Stanisława Strąbskiego, Warszawa 1845