Bayonne

Ztąd po kilku miesięcznym pobycie wysłano nas do Bayonny, aby tamże przy cesarzu służbę pełnić, dokąd tenże miał przy­ być. Po swem tam przybyciu kupił cesarz vilię Marrac pod Bayonną, gdzie upiększywszy ogród pracą żołnierze gwardyi których miał przy sobie, założył główną kwaterę. Pod Marrac i nas wysłano z Bayonny. O ćwierć mili od domu głównej kwatery szwadron nasz stał obozem, skąd co dzień jeden pluton na służbę pałacową był komende­rowany.

Ztąd po kilku miesięcznym pobycie wysłano nas do Bayonny, aby tamże przy cesarzu służbę pełnić, dokąd tenże miał przy­ być. Po swem tam przybyciu kupił cesarz vilię Marrac pod Bayonną, gdzie upiększywszy ogród pracą żołnierze gwardyi których miał przy sobie, założył główną kwaterę. Pod Marrac i nas wysłano z Bayonny. O ćwierć mili od domu głównej kwatery szwadron nasz stał obozem, skąd co dzień jeden pluton na służbę pałacową był komende­rowany. Cesarz kazał nam po raz pierwszy wystąpić w paradzie na przegląd, pour nous passer en revue. Szwadron stanął w ogrodzie en bataille. Kilka chwil potem przyszedł cesarz przyodziany w mundur grenadyerów pieszych gwardyi w trzewikach i w pończochach na czele orszaku z wielu jenerałów a między innymi i je­nerała Du RosneI konjuszego. Major Delaitre Fran­cuz był naszego szwadronu dowódzcą. Chcąc się przed cesarzem popisać, zakomenderował swym bardzo słabym głosem jakiś zwrot. My mało znając komendy, jeszcze francuzkićj i nie dosłyszawszy komenderującego, obrócili­śmy się jedni w lewo drudzy w prawo i okazała się wielka mięszanina. Cesarz splujnął ale bez okazania gniewu a potem rzekłszy: „ces jeunes gens ne savent rien,“ przy­wołał Du Rosnęla, i oddał mu nas na naukę mustry by od samego początku szkołę kawaleryi z nami zaczął.

Du Rusonel przywiązawszy się wkrótce do nas, z wielką gorliwością prawie podoficera wywiązał się ze swego obo­wiązku. Z każdym niemal żołnierzem z osobna zaczy­ nał jak konia kulbaczyć, jak się pojedyńcze przybory po francuzku nazywają.

_____

Niegolewski Andrzej Marcin Somo-Sierra (str. 26-27), Kamieński, Poznań, 1854

W kilka tygodni po owej sławnie odbytej rewii, daliśmy jednak cesarzowi sposobność po­wzięcia lepszego mniemania o nas, a miło mi sobie przy­pominać żem ja się do tego przyczynił. Rzecz ma się w ten sposób: w kilka dni po sprowadzeniu do Bayonny Ferdynanda VII, wybuchł tam w dwóch miejscach ogień. Rozeszła się zaraz wieść, że podłożony na sygnał Hiszpa­nom aby pod Bayonną wpadli na Marrac gdzie tylko prócz naszego szwadronu półtory kompanii gwardyi pieszej było, cesarza zabili i Ferdinanda VII uwiezili.

Byłem wtedy na służbie z plutonem i miałem w karczmie naprzeciw pałacu ludzi moich. Na rozkaz, stanąłem przed pa­łacem, nawet bez trębacza, któregom się nie mógł był dobudzić. Cesarz z perronu domu oświeconego laterniami gęstemi odzywa się do grenadierów i chassćurow pieszych, którzy jeszcze z swych namiotów na trawniku przed pałacem nie byli wyszli, „allons vielles moustaches, vous ótes encore sous vos tentes, tandis que ces jeunes gens, qui n’ont pas encore de poił au menton, sont dója a cheval,* przybliża się do mnie i pyta „avez-vous des cartouches?* na co ja mu „non Sire.“ Cóż nam po nich było, kiedy nasze karabinki jeszcze innych skałek jak drewnianne nie widziały. Na dalsze jego zapytanie „avec qoi me defendrez vous, si je suis attaquć?“ odpowie­ działem „Sire nous avons des sabres.

Wtedy cesarz „c’est bon* i pewnie przypomniawszy sobie naszą rewią miał zamiar przekonać się czy już lepiej zwroty wykony­wamy i tak jak gdyby mnie był chciał w ambaras wprowadzić, stanąwszy tuż przed samym plutonem odzywa się do mnie „faites ouvrir vos rangs.* Nie mogłem ka­ zać otworzyć szeregów zwyczajnym sposobem bobym był musiał z miejsca spędzić lub wywrócić cesarza, zakomen­ derowałem więc: en arriere, ouvrez y o s rangs. Po czem cesarz przeszedłszy szeregi, kazał je zamknąć i do pałacu wrócił. Przeszło godzinę z grenadierami i pieszymi chassesurami z których każdych tylko po pół kompanii było, stałem przed pałacem i dopiero gdy się przekonano, że ogień był przypadkowy, kazano nam wrócić na swe sta­nowisko.
W godzinę potćm przyniosła mi służba cesarska kilka koszów wina i rozmaitego mięsiwa oświadcza­jąc „I’empereur vous envoie de qoi vous raffraichir," a przyniesiono nam tego wszystkiego tyle, że gdy sami nie bylibyśmy mogli wszystkiemu poradzić, posłałem do obozu, do Dziewanowskiego żeby z kolegami na śnia­danie przychodził.

_____

Niegolewski Andrzej Marcin Somo-Sierra (str. 27-28), Kamieński, Poznań, 1854

Służba pałacowa w Marrac dawała nam w ogóle spo­sobność poznania cesarza, i u każdego nie jedno miłe wspomnienie zostawiła. Byliśmy tam nietylko naocznymi świadkami ważnych i stanowczych wypadków, aleśmy też mieli sposobność poznać cesarza w chwilach jego zabaw i rozrywek. Wyjeżdżaliśmy, mając służbę z plutonem jako straż przyboczna na przejażdżki kilku milowe za po­jazdem cesarza, w którym prawie zawsze i cesarzowa Jó­zefina była.

Nie raz tam ten władzca świata figlami pra­wdziwie młodzika, umysł swój rozweselał. Tak n.p. przy­pominam sobie że raz w odnogę morską zwaną Chambre d’amour wepchnął cesarzową, a gdy się zmaczała i trze­wiki pogubiła, wziął je i wyrzucił. Chciałem je podnieść i cesarzowej oddać, ale cesarz mi zakazał a ją tylko z poń­czochami na nogach, do karety wsadził.

Inną razą cesarz z cesarzową zwiedzając fort Chatteau vieux nazwany, przeszedł przez płot, przez który i cesarzowa idąc za nim, zachaczyła sobie w cierniu su­knią z lekiej bardzo materyi. Że zaś z obowiązku mego postępowałem pieszo z kilku żołnierzami za nimi, chcia­łem cesarzową ze zachaczenia wydobydź ale jej suknią bardziej w ciernie plątałem i prawie całą podarłem. Moja ta niezgrabność bardzo mnie zmieszała, ale cesarz z cesa­rzową śmiali się i żartowali ze mnie.

_____

Niegolewski Andrzej Marcin Somo-Sierra (str. 29), Kamieński, Poznań, 1854

Bo tej pory spotykaliśmy mało wojskowych. 3,000 ludzi z korpusu Junota, stojących w Bordeaux, znikłow em dużem mieście, ale zato w Bajonnie nie było widać nic, oprócz wojska.Na przedmieściu Św. Ducha przystanęlimy dla wzięcia biletów kwaterunkowych. Hotele, restauracje, szynkownię pełne były wojskowych: trudno było zdobyć kotlet, albo filiżankę kawy.

Nazajutrz odkomenderowano mnie po odbiór ostrych ładunków i zdziwiłem się bardzo, zastawszy 400 podrostków i kobiet pracujących w arsenale, trudno sobie wystawić krzyk i hałas, jaki tam pa­nował. Była to właśnie pora śniadania. Byłem rad, otrzymawszy po 60 ładunków na każdego żoł­nierza i tem spieszniej zabrałem się do odwrotu, że większa część tych młodych i ładnych dziewcząt bardzo mile spoglądała na moich jennes sauvages.

W mieście pokazano mi gmach— w owej chwili mieściła się tam intendentura, w którym niedawno mieszkał książę Asturyi z infantami, gdy Napoleon w zamku rozstrzygał o losach dynastyi Bourbońskiej. Jeden tylko infant Don Karlos okazał pewną siłę charakteru i odmówił podpisania wyroku swego upadku, mówiąc, że przekłada śmierć nad hańbę.