Burgos

Miasto Burgos poczęto szturmować równo z wschodem słońca, a my przyciągnęliśmy na su­kurs o godzinie 5 z rana. Mgła była wielka, ani naszej, ani nieprzyjacielskiej liniji, ani nawet miasta nie widno było; jedynie tylko cytadelle leżącą, nad tem miastem na górze słońce oświecało.

Nazajutrz w obozie dostrzegłem u jednego żołnierza piechoty ampułkę. Mając trochę pieniędzy przy sobie, kupiłem ją w nadziei, że kiedyś będę ją mógł zaofiarować na pa­miątkę memu proboszczowi parafialnomu. Ponieważ zaś teraz wyruszamy na nową kam­panię, obawiałem się ażebym jej w ciągłych marszach nie zgubił i odniosłem do OO. Do­minikanów, w których kościele jest matka Boka cudowna, i prosiłem ich zarazem, aby na moją intencją odmówili pacierz. Dobrzy zakonnicy nieehcąc nadal odkła­dać mego życzenia, wzięli mnie z sobą do kościoła, odczytali Mszę św. po której ukoń­czeniu otrzymałem błogosławieństwo i relikwią św. Jacka. Przejęty skruchą żegnałem się z nimi, myśląc o marszu, kiedy w przechodzie przez wielką salę ujrzałem przygotowane śniadanie. Trudno było się wymówić tym Ojcom gościnnym, spiesznie wypiłem zdrowie księdza jenerała, księ­dza gwardjana, i całego zakonu, już tylko miałem wypić zdrowie OO. Braciszków, kiedy mi wachmistrz rozkazał wsiąść na koń.

Potem tłumaczeniu darował winę Dąbrowskiemu dowódzca, bo chociaż opóźnienie jego było naganne i wymagało surowej kary, przyczyna tego była zawsze wynikiem religij­ności i uprzejmości. Skutkiem tego Dąbrowski zamiast maszerować pieszo z karabinkiem na plecach przed trębaczami, dosiadł z radością swego rumaka, unosząc z Burgos relikwie św. Jacka, z tem przekonaniem, że ta go w nie­szczęsnej przygodzie zasłoni. Stały w swej wierze, kiedy w bitwie pod Wagram został ciężko raniony i Jeżąc w szpi­talu polowym słyszał jęki i narzekania innych żołnierzy, odpinał swój mundur na piersiach i z wesołym umysłem pokazywał kolegom swoją relikwię, w tem zawsze przekonaniu, iż jej jedynie winien ocalenie życia. Czyliż Dąbrowski z swą wiarą nie był szczęśliwszy od wielu od wielu ludzi, którzy przechodząc cierniste drogi tylko przelotne znachodzą po­ciechy?

____

Stanisław Hempel Z czasów napoleońskich: wspomnienia wojenne Stanisława Hempla b. kapitana pułku Gwardji ułanów polskich Napoleona I Lwów : K. Łukaszewicz, 1885 (Gródek : J. Czaiński)

Miasto Burgos poczęto szturmować równo z wschodem słońca, a my przyciągnęliśmy na su­kurs o godzinie 5 z rana. Mgła była wielka, ani naszej, ani nieprzyjacielskiej liniji, ani nawet miasta nie widno było; jedynie tylko cytadelle leżącą, nad tem miastem na górze słońce oświecało. Schyliwszy sie na koniu, dawały się tylko widzieć po kolana nogi stojącego wojska, bo wszystek dym z armat i ręcznej broni dusił się pod tą mgłą ciemną i wil­gotną i do góry wznieść się nie mógł.

Już o pół mili od bataliji widno było drzewa około drogi sto­jące przez pół pościnane kulami armatnemi, dalej wieźli i nieśli rannych jeszcze nieopatrzonych; żoł­nierze i konie świeżo pobite leżały na placu. Przy­ byliśmy do samej bijącej się liniji; major Dedamour zakomenderował i ruszyliśmy w największym galo­pie z tyłu po za liniją stojącą na lewe skrzydło. W tej ciemnej mgle nic a nic przed sobą widzieć nie mogliśmy i pędząc tak wpadamy w niewidzianą przed sobą wodę, bo tam płynęła rzeczka niesze­roka i nie bardzo głęboka; zmieszaliśmy się; prze­byliśmy jednak tę rzeczkę, a gdyśmy wyżej nad mgłę na górę wyjechali, postrzegliśmy cały pułk Szaserów nieprzyjacielskich sformowany. Ci, gdy nas zobaczyli zaczęli uciekać; kilkuśmy jeźdźców ubili, a kilku żywo schwycili, reszta poszła w roz­sypkę. I na term samem miejscu stanęliśmy, patrząc z owej góry na dół, na równinę, gdzie była stoczo­na bitwa; cała linija mgłą okryta, nic więcej tam nie widno było, jak tylko ogień płomienisty jak błyskawica jaka na ciemnem tle chmury.

O godzinie 10 z rana miasto szturmem zdobyte zostało, rzeź i rabunek blizko trzech godzin trwała; piecho­ ta cała i artylerya weszła do miasta. Kawaleryi da­no rozkaz ścigać i zabijać po wszystkich drogach i ścieszkach uciekających z miasta wojskowych i cy­wilnych obojej płci; my zaś pędziliśmy przed sobą nieprzyjaciela aż za miasto Lerma o dwie godziny drogi od Burgos. Za tem miastem zaczynały się góry, w których nieprzyjaciel zatrzymał się i zajął stanowisko; w tem miejscu nasze forpoczty stanęły, aby nieprzyjaciela nie spuszczać z oczu i uważać, w którą stronę wyruszy. Cała awangarda potem za nami nadeszła, lecz nikogo w mieście nie zastali, bo wszystko pouciekało, miasto tedy uległo zupełnemu zrabowaniu i zniszczeniu. Gdy nas z forpocztów zmienili i nazad do pułkuśmy powracali, który stał w jednym klasztorze zakonnic, trafiamy w czasie obiadu i zastajemy naszych siedzących u stołu, oraz z zakonnicami.

Dnia trzeciego potem gdy rekone­sans wrócił z wiadomością, że nieprzyjaciel głęboko między góry na różne strony się rozsypał, tak, że nawet dalej nie można było pójść za niemi, a zatem pomaszerowaliśmy prostą drogą do Madrytu.

_____

 Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

Tymczasem powoli ściągały się wojska fran­cuskie. Marszałek Soult ze swym korpusem sta­ nął w Bribiesca, przybył i sam cesarz Napoleon. Hiszpanie chcąc zagrodzić Francuzom drogę do Madrytu, rozwinęli się w liczbie 40 tysięcy pod starą stolicą Kastylii. O samym świcie d. 10 listopada, szwoleżery polskie i dragoni francuscy, posuwający się w przedniej straży pod wodzą Lasalla, spotkali czaty hiszpańskie i po kilku strzałach cofnęli się, gdyż teren nie był odpowiedny dla akcyi kawaleryjskiej. Gdy nadeszła piechota, rzuciła się na Hiszpanów i w parę go­dzin nie było już nieprzyjaciela. Trzydzieści ar­ mat i 12 chorągwi, około 900 jeńców stanowiło trofea zwyciężców. Przeszło 2000 ludzi padło pod szablą szaserów polskich i dragonów fran­cuskich. Miasto samo zostało zrabowane.

Po tej bitwie, w której zresztą szwoleżery nie wielką odegrali rolę, cesarz przybył do Burgos, a na służbę do niego odkomenderowano pluton jazdy polskiej, pod porucznikiem Wybickim. Ce­ sarz usłyszawszy to nazwisko, które mu przypo­ mniało świetne dnie Jeny i Eylau, pozdrowił we­ soło porucznika i pytał, czy jest synem sławnego patryoty polskiego? Cesarz wogóle był w dobrym humorze. Dowiedziawszy się, że w tym plutonie znajduje się szwoleżer olbrzymiego wzrostu i siły, nazwiskiem Pokorski, kazał mu się mierzyć z m ar­ szałkiem Mortier, który także odznaczał się wy­ sokim wzrostem. Pokorski był wyższy; w roku 1809 już jako brygadyer spalił się żywcem w Lambach w Austryi.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.

Zachorowałem był i ja na tę samą gorączkę, ale to szczęściem było dla mnie, że niedaleko mia­sta Burgos o godzin dwie tylko; wzięło mnie z ko­niem dwóch kolegów w środek pomiędzy siebie i tak trzymając pod ręce prowadzili. Jakieśmy tylko przymaszerowali do Burgos, prosto do lazaretu zaprowadzony byłem, gdzie pełno po wszystkich salach chorych leżących zastałem. To była choroba tak nagła i niebezpieczna, że do dni 9 albo ozdrawiał, albo umrzeć musiał; co nocy po kilkunastu umar­łych wynoszono, nawet z tych co obok mnie leżeli, na co patrząc się, pewny byłem, że i mnie podobny los czeka. Tych umarłych przez dni kilka w miej­scu do tego przeznaczonem składano, a potem jednej nocy furgonami wywożono i grzebano.

Doktorowie codzień robili rewizyę przedpołu­ dniem i po południu; razem szli z sali do sali, od łóżka do łóżka opatrując chorych i przepisując le­ karstwa i pożywienie. Pamiętam to, że dawali acetum vini, bułeczkę i kwaterkę wina; takoż codziennie wsypywali jakiś proszek w wanienkę do wody letniej, gdzie nogi moczyliśmy; ósmego dnia ratunek był taki, że samym wieczorem kazano krew z nogi puszczać, poczem chory pewnie na drugi dzień albo ozdrowiał, albo umarł. Do usługi dodani byli Hi­ szpanie; ja mając moją kieskę z pieniędzmi pod po­ duszką, prawie każdego dnia dawałem tym służącym po kilka peset, aby pilniejsze staranie około mnie mieli. Obok mnie leżeli Francuzi, którzy tak chci­wi pieniędzy byli, że nie tylko usługującym nic niedawali, ale jeszcze acetum vini sami niepożywali, ale mnie sprzedawali; ja zaś wielki pociąg miałem do używania tego lekarstwa i płaciłem co tylko żądano.

W tym lazarecie byłem niedziel trzy; gdym już przez opatrujących do rzędu rekonwalentów wpisany został, dawano mi większą porcyę żywności i napo­ ju dla wzmocnienia sił, a za kilka dni miałem być z lazaretu wypuszczonym. Oczekiwałem z upragnie­ niem dnia tego i jak tylko zabłysnął, napisałem kar­ teczkę do pułkownika, prosząc go, aby przysłał po mnie, co i uczynił. Zawieziono mnie prosto na kwa­ terę; jadąc z rana przez miasto około godziny ósmej, zaleciał mnie zapach pieczonego jagnięcia; wstąpiłem tedy do pasztetnika i kazałem sobie dać całe jedno jagniątko prosto z pieca; te zjadłem z apetytem i wina arragońskiego z pół kwarty wypiłem, poczem odjechałem do kwatery. Gdy przyszedłem clo ka­ mienicy tej, gdzie kwatera dla mnie wskazana była, gospodarz sam mile mnie spotkał i przyjął, a dał mi stancyą wygodną. 

_____

 Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

Drugiego dnia rano sama go­spodyni przyniosła mi czekoladę z sucharkami, ży­cząc mi dnia dobrego, a ja jej nawzajem; rzekłem do niej iż nie zasłużyłem na to, aby sama się tru­dziła; ona odpowiedziała: „nie—to jeszcze dla was za mało.” I dalej opowiedziała mi następne z sobą zdarzenie: „Wtenczas, gdy to miasto Burgos, Francuzi do­byli i gdy okropna rzeź nastąpiła, w smutnem zo­ stawałam położeniu. Była to godzina 10 przed po­ łudniem, już do obiadu siadać mieliśmy, będąc tak zapewnieni, że miasta nie zdobędą; lecz w tejże chwili miasto zdobyte zostało; każden w strachu i trwodze krył się i gdzie mógł uciekał. Nieprzyja­ciel wpadł nagle w miasto, począł rżnąć, zabijać, rabować i gwałty czynić; okropny płacz, przerażają­ ce głosy słyszeć się dały; ja tylko sama jedna w domu zostałam. Będąc natenczas w stanie brze­ miennym, na samym czasie; już uciekać, ani się chować siły nie miałam. Słysząc zaś krzyk, płacz i gwałty na tejże samej ulicy, ledwiem doszła do okna w którymem uklękła i wsparłszy się patrzałam z piętra już prawie w połowię nie żywa, na tak okropne tyraństwo siły mnie zupełnie opuściły, i ruszyć się z miejsca dalej nie mogłam.

Widziałam jak sąsiadów moich zabijali i jak ciała zabitych oknami wyrzucali; rabowali i najdzikszych dopuszczali się gwałtów. Podniosłam oczy w Niebo, ciężko z żalem wielkim westchnęłam, oddając się Boskiej opie­ ce, oczekiwałam tylko okropnego losu dla siebie. W tem postrzegam już żołnierzy wpadających do domu, usłyszałam szczęk broni idących po wscho­ dach do mnie na górę, zdrętwiałam i zupełnie bez przytomności upadłam. Gdy wpadli do pokoju, je­ dni zaczęli rozbijać komody, kufry i szafy, a dwóch do mnie przystąpiło, pewnie w celu zamordowania, lecz gdy postrzegli krwawy potok płynący z pode mnie, poznali, w jakim zostawałam przypadku; lito­ ścią więc i miłosierdziem zdjęci, wzięli mnie z dru- giemi na ręce, położyli na łóżku, opatrzyli mnie sami i to dziecię nowonarodzone; poczem stali u nas przez dni kilka. Mąż mój dopiero trzeciego dnia z dziećmi powrócił, a później i słudzy nasi; za te ich miłosierne serce wieczną pamięć wdzięczności zachowam.” Stałem dwa tygodnie na tej kwaterze, miałem tam wszelką wygodę, jakby u własnych ro­ dziców.

_____

 Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka