Calatayud

Calatayud było jednym z głównych naszych punktów oparcia wśród tych działań. Kompanie woltyźerów mogły trochę wypocząć, stojąc kwaterą w klasztorze i zająć się przyprowadzeniem do po­rządku swoich rzeczy, a szczególnie obuwia, które ciągłe pochody w górach wystawiały na ciężkie próby, Rozumie się, że w każdej chwili musieliśmy kyć gotowi do wymarszu.

Calatayud było jednym z głównych naszych punktów oparcia wśród tych działań. Kompanie woltyźerów mogły trochę wypocząć, stojąc kwaterą w klasztorze i zająć się przyprowadzeniem do po­rządku swoich rzeczy, a szczególnie obuwia, które ciągłe pochody w górach wystawiały na ciężkie próby, Rozumie się, że w każdej chwili musieliśmy być gotowi do wymarszu. Mnie dostało się mie­szkanie — tylko na dzień. Noce obowiązani by­liśmy spędzać razem z żołnierzami—niedaleko od cukierni (confeteria). Chcąc sobie wyobrazić, jakie­go rodzaju był w 1809 r. w hiszpańskiem drugorzędnem mieście taki zakład, należy pamiętać, że we Francyi i w Niemczech w owej porze kawiar­nie nie były też podobne do dzisiejszych, i o tem także, że Hiszpania pozostała za nami w tyle przy­najmniej o pięćdziesiąt lat pod względem wszyst­kiego, co dotyczę komfortu. W tych archaicznych confeterias można było dostać tylko czekolady, limonady, bolados, różanych cukierkowi, wody z lo­dem i pospolitych ciastek, upieczonych przed tygo­dniem. Prócz tego można tam było dostać wód­ki—niekiedy i wina.

Manuel — cukiernik, człowiek wysokiego wzrostu, opryskliwy był i ponury. Pomimo, że sta­łymi jego gośćmi była większa część oficerów miej­scowej załogi, uchodził on za wroga Francuzów. Robił częste i tajemnicze wycieczki, pozostawiając pannę sklepową (botiguera) poważnego wieku — na straży swego zakładu.

Byłem stałym gościem tej confeterii. Pewne­go dnia, przybywszy wcześniej niż zwykle, zastałem tam młodą dziewczynę, cudownie piękną, w habicie nowicyuszki. Była to siostrzenica dzikiego cukier­nika, monjita exclauitrada, córka dość zamożnych ludzi, która z Madrytu schroniła się tu przed Francuzami.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904

Wuj z niechęcią zgodził się przyjąć ją do siebie i żyła u niego w takiem ukryciu, jak w klaszto­rze, nie wychodząc nigdzie, nawet do kościoła. Owego dnia jakimś nadzwyczajnym wypadkiem, ko­rzystając z nieobecności wuja-strażnika, zrobiła wycieczkę do sklepu, jeszcze pustego. Pomimo, że znikła w mgnieniu oka, zdawało mi się, że widzę na jej twarzy więcej zdziwienia i pomieszania, niż niechęci.

Dowiedziałem się na tern samem posiedzeniu o wszystkich tych szczegółach od botiguery. Nautyskiwawszy się dowoli z powodu tego spotkania—nabłagawszy się Matki Bożej i różnych Świętych, ażeby z niego nie wynikło nieszczęście—ułagodziła się znacznie na widok kilku duros. Dowiedziałem się też od niej, że Monjita była urodzona w Madry­cie i że jej na imię Ineza. Kupiłem zaraz trochę słodyczy, wyglądających najponętnej, i prosiłem duenny, żeby je oddała swojej pani w mojem imieniu. Jak łatwo się do­ myśleć, nie zapomniałem i o pośredniczce. Botigue­ ra zdecydowała się spełnić polecenie, przypomina­jąc mi znane hiszpańskie przysłowie:

„Senor, dadiva brania prena, y entra sin barrena" (Do otworzenia drzwi, najlepszem narzędziem jest pieniądz).

Nazajutrz dowiedziałem się, że mój upominek nie został wzgardzony. Powtórzyłem go z pośpie­ chem, prosząc duennę o powiedzenie, że uważałbym się za najszczęśliwszego w świecie człowieka, gdyby mi wolno było oddać go osobiście.

Wyprawa do Ateca przerwała ten stosunek na pa­rę dni. Podczas mej nieobecności wuj powrócił i znowu wyjechał. Duenna zwierzyła mi się, że mój powrót oczekiwany był z niecierpliwością i że „monolita” wyglądała na mnie przez zakratowane okien­ko, wychodzące na plac, na którym zbierała się załoga. Nakoniec po nowych układach i nowych po­darkach duenna przyrzekła zaprowadzić mnie wie­czorem do Inezy, która zgodziła się przyjąć atten­tion del senor caballero.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904


 

Przez cały ten dzień minuty wydawały mi się wiekami; do ostatniej chwili drżałem, żeby nie zaszła jaka nieprzewidziana przeszkoda. Nareszcie o umówionej porze zaprosiłem kolegę Krakowskiego, żeby mnie zastąpił na parę godzin w koszarach i zaopatrzywszy się na wszelki wypadek w pa­rę pistoletów i w puginał, poszedłem, czając się, do Confeterii.

Drzwi były uchylone. Gdym wszedł, nasza Powiernica zamknęła je cicho na klucz i poprowa­dziła mnie długą sienią, na końcu której błyszczało słabe światełko: była to lampa duenny.

— Jesteśmy już u celu, senor — przemówiła, otwierając drzwi małej, wilgotnej izdebki.

U nas chyba najbiedniejsi wyrobnicy tak mie­szkają. Całe umeblowanie składało się z dwóch krzeseł, stołu, ubogiego łóżka, kropielnicy z Matką Boską Bolesną i dzbanka z wodą.

— Senor don Enrique — zameldowała uprzejma duenna i pozostawiła nas samych.

Przygotowałem sobie, z pomocą słownika, powitalny kompliment.

— Senorita! uważam się za bardzo szczęśli­wego, że mogę nakoniec zadość uczynić najgoręt­szym pragnieniom mego serca, wręczając osobiście ten dowód mojego uwielbienia. 

Moja śliczne monjita wzięła drżącą ręką pakiecik, który jej podałem, położyła go na stole i sta­ lą ze spuszczonemi oczyma, bawiąc się sznurem od habitu.

— Por el amor de Dios! — wyrzekła po chwili półgłosem.— Gdyby się dowiedział kto o tem!

— Czy to taka wielka zbrodnia — zapytałem — zgodzić się na przyjęcie drobnego dowodu szacunku?

 — Ale sposób, w jaki to się stało, nie zdaje mi się właściwy — odpowiedziała monjita.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904

 

W ziąłem rękę ślicznej nowicyuszki i przyci­snąłem ją do serca — poczem zawiązała się rozmo­wa, przerywana często, z powodu nieznajomości ję­zyka, a zakończona przyzwoleniem senory na moje odwiedziny następnego dnią. Podczas rozmowy po­kazałem jej moją broń.

— Jezus! — wykrzyknęła— Kto bronią wojuje, od broni ginie!

Pomimo to widziałem, że zrobiło na niej do­bre wrażenie, iż się wystawiam na niebezpieczeń­ stwo dla widzenia jej. Rozmawialiśmy tak może z godzinkę, kiedy stara Katalina weszła i ziewając oznajmiła, że już północ i że wielki czas pożegnać się. Katalina wyprowadziła mnie tą samą drogą, i powróciłem bez wypadku do mojej kompanii, przesuwając się w cieniu domów.

Naturalnie nie spałem przez resztę nocy, ma­rząc o nowem spotkaniu, a rankiem przyszedłem najpierwszy do Confeterii, gdzie Katalina powiedziała mi, że Inez jeszcze śpi. Miałem na nieszczęście tego dnia przegląd, i patrolowanie w dolinie Jiloca, co mi zajęło czas do dziewiątej wieczorem.

O jednastej byłem już u Inezy. Przyniosłem jej z mojej wyprawy trochę polnych kwiatów, które ją bardzo ucieszyły. Tym razem rozmowa była więcej ożywiona i byliśmy już mniej onieśmieleni.

— Co by to było, senora Inez — powiedziałem, śmiejąc się — gdyby tak ukazała się tu nagle senora

Przeorysza i wielebny ojciec gwardyan!

— Jezus! — zawołało biedne dziecko, kładąc mi don na ustach — jak można przypuszczać taką rzecz? A po chwili dodała:

— Gorzej byłoby gdyby nas zeszedł Tio (wuj Manuel) to nie dobry człowiek, gwałtowny i wielki nieprzyjaciel Francuzów .

Nie potrzebowała mi tego mówić, bo poznałem się sam odrazu na tym człowieku. 

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904

Rozstaliśmy się późno i ułożyli spotkanie na wieczór następny. Stawiłem się punktualnie. Ineza wydała mi się jeszcze piękniejsza i przyjęła mnie serdecznie uradowana. Jedno nas tylko smuciło, że za 5-6 dni miał powrócić Tio, a wtedy już będzie koniec naszemu szczęściu.

— Bóg mi przebaczy, don Enrique — mówiła Ineza — ale Tio nie przebaczyłby mi nigdy. Strzeż się go, bo to zły człowiek! 

W śród tych ostrzeżeń i rozmowy poufalszej nadeszła chwila rozstania, postanowiliśmy naturalnie zobaczyć się znowu nazajutrz, ale człowiek układa plany, a Bóg rozstrzyga. O dziesiątej wieczorem przybył do koszar adjutant major Rechowicz, przy­nosząc dwom kompaniom woltyżerów rozkaz wyru­szenia natychmiast do doliny Clares, gdzie się zja­wił oddział gierylasów. Miałem przez chwilę pokusę udania, żem chory, jak to nieraz robili moi koledzy w podobnych okolicznościach, ale poczucie obowiąz­ku wzięło górę nad miłością. Przeszedłem z ciężklem sercem przed mieszkaniem mojej ukochanej, myśląc sobie na pociechę:

— Spotkanie z nią będzie zato jeszcze słodsze.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904

W Calatayud dostałem kwaterę w pobliżu kla­sztoru, gdzie stał nasz batalion. Gospodarz mój był jednym z dostojników miasta i wielkim nieprzy­ jacielem brancuzów. Nie miałem z nim żadnych osobistych stosunków. Od pierwszej chwili kazał powiedzieć, że jest chory i przysłał mi jedzenie do mojego pokoju. Co wieczór schodziła się do niego istna procesya ludzi — przeważnie księży — w płaszczach i nasuniętych na oczy kapeluszach; nasi żołnierze nazywali ich powstańcami,a oni mijali nas wzgardliwie, nie patrząc na nas. (...)

(...) Ponieważ gerylasowie stawali się coraz zu­chwalsi, Chłopicki, mianowany świeżo jenerałem postanowił wystąpić przeciw nim zaczepnie. Po­ szedł 29-go do Daroca, a ztamtąd 30-go do Calotayud, obsadziwszy częścią swej kolumny wąwóz Retascon. Wycieczki, jakie jen. Villa Campa robił z Calatuyud, dały się nam mocno we znalu i skut­kiem tego tamtejsi mieszkańcy obawiali się naszej zemsty. Cała okolica była jak wymarła. Nigdzie żywego ducha, nawet na łąkach nie było widać ani jednej sztuki bydła. Po wsiach jedne domy były szczelnie pozamykane, inne zaś stały pustkami. Zo­ staliśmy przyjęci u bram Calatayud przez deputacyę złożoną z kilku duchownych i z alcalda - mayora, odznaczającego się laseczką ze srebrnemi ozdoba­ mi. Urzędnik ten był tak przestraszony, że zwrócił się do mnie, tytułując innie „ekscelencyą”, bo wziął mnie za głównego dowódcę.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904