Consuegra

Lubośmy w Mansaneres wielkie założyli sobie magazyny, jedna­kowoż musieliśmy się cofnąć pod Conswegrę, bojąc się Hiszpanów. Pobiliśmy ich znowu, i pod Conswegrą rozłożyliśmy obóz.

Lubośmy w Mansaneres wielkie założyli sobie magazyny, jedna­kowoż musieliśmy się cofnąć pod Konswegrę, bojąc się Hiszpanów. Pobiliśmy ich znowu, i pod Konswegrą rozłożyliśmy obóz.

Ledwieśmy trochę odpoczęli w obozie, a tu przychodzi nasz ka­pitan Jasielski i mówi:

— Jędrzeju, masz tam co do zjedzenia?

— Nie mam nic, Panie Kapitanie, a co gorsza, sam umieram prawie z głodu

— No, ty dobrze mówisz po hiszpańsku, więc idź do miasta i przynieś co możesz.

Idę, wchodzę do miasta ostrożnie, a tu ogromny rejwach. Nasi ułani już się kręcą po ulicach, a Francuzi poustawiali broń w kozły i weszli do domów. Każdy brał, co mógł, bo każdy był zgłodniały. Ja widzę przy broni przed jednym domem stosy Chleba, więc mało myśląc łap za trzy bochenki, dalej z niemi do torby i w nogi. Aż tu Francuzi wybiegają z domu i krzyczą. Ja udaję, że nie słyszę i zmykam, co siły, jak lis z gęsią do obozu. Naklęli się do woli, ale widząc, źe to swój, dali pokój. Po drodze wszedłem do domu jedne­go, a tu pełno wina, likierów i mięsa różnego. Bogu dzięki, myślę sobie, teraz się pokrzepię. Jeść nie było czasu, ale za to dobrze po­ ciągnąłem sobie smacznego winka, i choć tam byli inni oficerowie, przeprosiłem ich, nalałem sobie w jednę flachę likieru, w drugą wina, wziąłem porządną szynkę na plecy i kroczę do obozu.

_____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928

Kapitan o mało mnie nie uściskał za to, gdym mu wino, li­kier i szynkę z Chlebem oddał. Zaczęli sobie oficerowie nasi polscy zajadać, a ja poszedłem na bok, gdzie stał feldwebel nasz Imbierowicz, poczciwa dusza, z którym wszystko razem dzieliłem. Pyta mnie, gdzie byłem? Ja mu powiadam, a on na to:

—  Nie maszttam jeszcze co w torbie?

—  Mam trochę chleba i mięsa.

—  A pić nie przyniosłeś ?

—  Przyniosłem, alem dał kapitanowi.

—  Widzę, żeś sobie dobrze pociągnął, bo ci się oczy świecą

jak kotowi! rzecze do mnie dalej.
— Piłem prawda, ale nie dużo, bo sam rozum nakazywał obawiać się zdrady

— jednak mi dziwno, żem taki rozmarzony.
— Ej to minie, na powietrzu świeżem wnet wytrzeźwiejesz, widać, żeś nowincjusz do butełki.

Wieczorem tego samego dnia odebraliśmy rozkaz, że w najwięk­szej cichości o pierwszej godzinie w nocy mamy stanąć pod bronią. Gdy pierwsza wybiła, staliśmy już wszyscy gotowi do marszu. Wtem mnie napadło takie drżenie całego ciała, że w żaden sposób nie mo­gę się utrzymać na nogach. Imbierowicz to widzi, i pyta co mi jest ? Powiadam, że ledwo żyję, a on do mnie :

— Wiesz co, nim dadzą rozkaz do pochodu, idź za szereg i usiądź trochę, ale na Boga nie zaśnij!

_____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928

Ja wlokę się na bok, kładę cóś pod głowę, ale sen jak ołów cięży mi na oczach. Zasnąłem, budzę się, a tu już świtać poczyna, naszych ani słyszeć, ani widać, tylko słyszę nad głową moją jakiś gwar. Wnet widzę i dwóch chłopów hiszpańskich przy mnie. Zdręt­wiałem; leżę jak nieżywy, a tu słyszę nad sobą po hiszpańsku:

— Patrzno, tu śpi jakiś francuski złodziej!
— Czy masz swój wielki nóż przy sobie?
— Nie, nie mam. Ale podnosi jeden kamień i daje drugiemu,

mówiąc: „Oto kamień dobry, uderz w łeb a prędzej umrze”.
Te ostatatnie słowa hiszpańskie: „Toumausted una piedra echa a la kaweza, pronto morira” tak pamiętam, jakbym je dziś słyszał i do dnia sądnego ich nie zapomnę. Myślałem, że już ostatnia go­ dzina dla mnie wybiła. Otwieram więc oczy, a oni widząc, że patrzę na nich, witają mnie: „Buonos dies, cawealero qu travas faceusted Senor? to jest: „Dzień dobry kawalerze, co robisz panie?”

— Cóżbym robił, moi panowie, oto leżę chory i ruszyć sie nie mogę!
— Ty łotrze, zawołał starszy — dziś udajesz chorego, a wczoraj ileś domów zrabował w mieście?
— O nie, moi panowie, ja wczoraj jeszcze byłem słabszy jak dziś; jakże więc miałem rabować?
— Zaraz się to pokaże, krzyknął znów starszy.
I dalej zaczynają mnie rewidować i cały tornister przetrząsać

mówiąc: Jeśli znajdziemy jakąkolwiek rzecz zrabowaną u niego, to go zabijemy.
Na mnie pot prawie śmiertelny wystąpił, bom miał dwie koszule, którem wziął w jednym domu, bo jakże miałem bez koszul chodzić, a zresztą starsi mi je wziąć kazali. Wiedziałem nadto, jak Hiszpanie okrutnie mordowali naszych, gdyśmy szli z Portugalji. Jednego Francuza złapawszy, pourzynali mu po kawałku ucha, nosa, palcy u rąk, pogruchotali mu całą głowę kamieniami i tak zako­pali aż do pasa w ziemię. Innych zabijali i zasypali ziemią, ale po­kazali ręce, albo nogę, albo głowę. Aż strach wspomnieć na takie morderstwa.

Myślę sobie: to pewnie i ze mną tak dziś będzie. Ale szukają i nic nie znaleźli. Nie wiedzą więc, co zemną robić. Patrzą na mnie strasznie, a ja na nich miłosiernie bardzo.

— Cóż zrobimy z tym człowiekiem? mówi jeden do drugiego.

A ten drugi zapatrzył się w inną stronę, gdzie się kręcili mie­szczanie i dużo ludu, który przybył do opuszczonego przez naszych obozu. Ale nadszedł ksiądz. Biionos dies cawealero, to jest: dzień dobry, kawalerze, zagaduje mnie znowu ów ksiądz, a za nim dużo ludu przybiegło i cieszyło się nademną co niemiara.

Ksiądz uciszył ich, a mnie kazał iść za sobą na probostwo. Gdyśmy przybyli, dobył papieru i zaczął mnie egzaminować. Powie­działem mu szczerą prawdę, żem polski żołnierz, daleko od swojej ojczyzny, i inne rzeczy, o które się pytał. Tymczasem w sieni ze­brało się mnóstwo ludzi, a kobiet najwięcej, które niestworzone rzeczy na mnie wygadywały.

_____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928

Ksiądz jednak nie zważał na ich wrzaski, tylko rzekł do nich:

— Moi ludkowie, ten człowiek powiada, że jest Polakiem i ka­tolikiem. Zobaczymy, czy to prawda. To rzekłszy, kazał mnie dwom chłopom rozebrać prawie do koszuli. Ale na szczęście ujrzał szkaplerz na piersiach moich, zawołał więc, pokazując szkaplerz:

— Si verdad Senor, este es catholico Romano. Prawda, jest katolikiem rzymskim.

Po tych słowach jakby ręką przewrócił. Ustały krzyki, pomsty, a księżyna poczciwy — Panie daj mu niebo — kazał mi podać kawał prześlicznego salcesonu i jakiejś dobrej wódki, co po hiszpańsku „ros- soli” nazywają. Podał mi tego rosołu w kieliszeczku małym. Ja po tej chorobie wczorajszej taki byłem zgłodniały, żebym był tę wódkę z kieliszkiem razem połknął, ale, niewiedząc co dalej będzie ze mną, miłosiernie dziękuję, a salceson schowałem do kieszeni.

Wtem obrócił się ksiądz do ludzi i powiada:

— Moi ludzie, choć go zabijemy, cóż nam z tego będzie, chyba to, że przyjdą Francuzi i jeszcze raz nasze miasto zrabują. Ten czło­wiek jest naszym bratem katolickim, trzeba nad nim mieć litość, bo inaczej Bóg by nas może za niego karał. A do mnie obracając się, rzekł: Gdzież chcesz iść teraz, czy do naszego wojska, czyli też do swoich?,

Do swoich, mówię litościwie.
A wiesz dokąd oni szli?
Pod Santa-Krus, odpowiadam.
Si, Sennor, mówi mi ów ksiądz. Prawda, wiem o tem, mnie, że prawdę mówisz. i cieszy
Potem otworzył okno, zawołał jakiegoś chłopaka, kazał przygo­tować dwa muły do podróży. Mnie zaś nalał w moją manierkę owe­go „rossoli”, oddał broń i obficie zaopatrzył w żywność.

Pożegnałem ze łzami zacnego księdza i ruszyłem w drogę do swoich na osiołku jednym, a na drugim siedział ów chłopak, który mnie prowadził. Strzelali na nas chłopy hiszpańskie, kule jeno tak gwizdały koło ucha. Ale ów chłopak jak zaczął kijem jakby od ce­pów okładać swego osiołka, a mego szturchać, to biedne zwierzęta drepciły co żywo po górach. Mnie piechurowi od tego drepcenia tak było przykro, że aż mi zęby szczegotały, a salceson w tornistrze to jeno tak tańcował, jam zaś na owym ośle gibał się z jednej stro­ ny na drugą, jak wiecha.

— Dziś to trochę śmieszne, ale wtenczas nie było mi do śmie­chu. Przybyłem szczęśliwie do swoich. Chłopcu dałem nieco żyw­ności, kazałem wracać do domu i prosiłem go, żeby jeszcze raz pię­knie podziękował dobrodziejaszkowi.

— Pierwszy, którego z naszych spotkałem, był poczciwy Imbie-owicz. Pyta mnie zaraz:

Gdzieś ty był, żem cię tak długo nie widział?
A jakieś mnie miał widzieć, kiedy ja dopiero wracam 

Co ty gadasz, człowiecze!? Toś chyba zasnął wtedy? Naturalnie, żem zasnął i basta!
Tu opowiedziałem mu całe zdarzenie i podzieliłem się z nim i salcesonem. On meldował zaraz kapitanowi, ten starszym.

Chcieli jenerałowie nasi księdzu poczciwemu dać za to wynagrodzenie, że mi życie uratował; ale gdyśmy przybyli napowrót do Konswegra, już nie było nikogo w mieście, ani owego księdza. Kościół zastali­śmy otwarty i zrabowany, a komże, ornaty i kapy poniewierały się po ziemi. Serce się ściskało na widok takiego spustoszenia na miejscu świętem. Ale cóż, to była wojna!

Dowiedziałem się później, że to Francuzi, co po nas przyszli, tak to miasto zrabowali, za to, że im mieszczanie zabili jenerała. Jak się on nazywał nie wiem, ale to wiem, że zawsze na białym koniu jeździł.

_____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928