Daroca

Najmniejsza zasadzka tyralierów w podobnem miejscu wystarczyłaby do wywołania paniki. Nakoniec wydobyliśmy się znowu na po­wietrze, na brzeg rzeki Jiloca, nad której brzegiem leży Daroca. Tajemnicza otchłań była poprostu podziemnem ujściem, zbudowanem przed dwoma wie­kami, dla odprowadzania wód wezbranych potoków, służącem za przejście dla tych, którzy nie chcieli iść przez miasto.

Pogoń zawiodła nas najpierw do Panizy, a potem do Daroci, jednego z najznaczniejszych miast, w tych stronach. Przyby­liśmy tam już nocą. Nikt z nas nie znał okolicy. Spuszczając się do miasta, którego niewyraźne za­rysy majaczyły w mroku, cały pułk na zakręcie dro­gi wpadł do jakiegoś podziemia, w którem wśród egipskich ciemności potykaliśmy się co krok o ru­chome kamienie. Najodważniejsi z nas nie czuli się bezpieczni; nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy, ani dokąd idziemy. Najmniejsza zasadzka tyralierów w podobnem miejscu wystarczyłaby do wywołania paniki. Nakoniec wydobyliśmy się znowu na po­wietrze, na brzeg rzeki Jiloca, nad której brzegiem leży Daroca. Tajemnicza otchłań była poprostu podziemnem ujściem, zbudowanem przed dwoma wie­kami, dla odprowadzania wód wezbranych potoków, służącem za przejście dla tych, którzy nie chcieli iść przez miasto. 

Rano 28-go otrzymałem rozkaz zajęcia zamku, stojącego na wierzchołku góry, a zamienionego na koszary, ale zanim wyruszyłem na wskazane miejsce, przybył adjutant, przynosząc mi rozkaz zrobienia rekonesansu na drodze do Moliny, na przestrzeni dobrej mili. Po otrzymaniu rozkazu, zaledwie oddaliliśmy się kilkaset kroków od obozu, rozległ się za nami huk wybuchu i zamek, który moja kompa­nia miała zająć, wyleciał w powietrze. Czy to było przygotowane przez ustępującego wroga, czy też nagromadzone zapasy prochu i amunicyi wybuchnęły przypadkiem, nie dowiedzieliśmy się nigdy.

Gdyby nie otrzymany rozkaz zrobienia rekonesansu, byłbym zajął natychmiast zamek i prawdopodobnie zostałbym mimowoli wniebowzięty razem z mymi woltyżerami.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904

Staliśmy w Daroco aż do 15-go września i po­ mimo doskonałej żywności, byliśmy bardzo zmęczeni ciągłem patrolowaniem. Pojedyncze oddziały hi­szpańskie, które przebiegały kraj w różnych kierunkach, przeszkadzały nam w rekwizycyach i wy­wierały względem mieszkańców teroryzm, graniczą­cy z okrucieństwem.

Żywność, materyał wojenny wszelkiego rodzaju, a nawet ludzi, dostarczano pod grozą rozstrzelania przez gerylasów. Wielokrotnie miałem w ręku rozkazy następują­cej treści:

„Młodzi ludzie, mieszkańcy tej a tej wsi, któ­rzy nie stawią się od tego do tego dnia, zostaną rozstrzelani”.

Codzień bywały potyczki z powstańcami, przyczem traciliśmy dużo ludzi. Wpływało to na rozgoryczenie żołnierzy i wal­ka zaczynała nabierać pewnej srogości, która obu stronom walczącym nie przynosiła zaszczytu.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904

W Daroca batalion nasz dostał kwaterę w kla­sztorze: oficerowie woltyżerów i grenadyerów mieli siedlisko i jadali w domu starego consejero real — radcy przy trybunale. W domu rządził gwardyan z rozwiązanego klasztoru, bliski krewny pana i młoda siostrzenica, także mniszka uwolniona z klaszto­ru, która zajmowała się gospodarstwem. Oboje no­sili habity: gwardyan miał około 30 lat, mniszka dwadzieścia. Gwardyan robił wrażenie rozumnego człowieka. Zapatrywania jego na wszystko były trafne; mniszka była prawdziwą Hiszpanką, z ognistemi oczyma i śniadawą cerą, a na to, co ją otaczało, patrzyła z zaciekawieniem. Weseli, żywengo uspo­sobienia oficerowie podobali się jej bardzo i cały ten ożywiony tryb życia przypadał jej do gustu. Jednego rana, gdym powrócił z bardzo utrudzającego nocnego patrolowania, poprosił mnie gwardyan do swego gabinetu.

— Dowiedziałem się—don Enrique — zaczął, że pan dobrze piszesz po francusku, więc chciałem prosić o napisanie mi listu do jenerała Sucheta, z prośbą w imieniu mego klasztoru.

Ze nie było w tem nic przeciwnego moim obowiązkom, uczyniłem zadość jego żądaniu i na­pisałem mu list, który bardzo pochwalił. Po skoń­czeniu interesu zaczęliśmy rozmawiać o różnych rzeczach, o „grand Napoleon”, jak gwardyan z trochą przesady nazywał cesarza, o zwyczajach i obycza­jach kraju, o wpływie, jaki wtargnięcie najeźdźców wywarło—szczególnie na kobiety, a nawet na reliyiosas (zakonnice)—poczem gwardyan dodał:

— Jak np. i Miquela, która na pana spo­gląda bardzo mile... Dawała ona rzeczywiście dowody swojej lek­komyślności, wdając się w liczne miłostki z oficera­mi, zmieniającymi się ciągle w domu.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904

Doszliśmy na czas oznaczony do Daroca i zajęliśmy ten sam klasztor, w którym gościliśmy już tyle razy. Gonsejero był jak zawsze milczący i w sobie zamknięty, ale gwardyan i Miguela przyjęli nas ser­decznie, jak przyjaciół. Oboje zauważyli, ze coś mi dolega, że chyba jestem chory. Na uwagę, zrobioną przez mego kolegę Krąkowskiego, że mam febrę, zostałem zasypany radami i przepisami lekarstw. Ale uniknąłem dalszych uwag, mówiąc, że najlepiej czuję się na świeżem powietrzu i wyszedłem.

Po dłuższej przechadzce doszedłem do tej części zamku, którą zrujnował wybuch, opisany przeżeranie poprze­dnio. Stał tam posterunek woltyżerów. Wydobyłem wstążkę, podarowaną mi przez Inezę i umocowałem na niej zegarek. W ten sposób nie była bardzo na widoku, zegarka nie zdejmowałem prawie nigdy, a takie ciemne wstążki, choć bez złotego haftu, sprzedawano po sklepach, więc mogłem uniknąć cie­kawości kolegów i zbyć ich zapytanie byle czem. Potem wszedłem na sam szczyt góry—popatrzyłem na drogę do Calatayud i powróciłem smutny do kolegów.

Od gwardyana dowiedziałem się, że znaczne siły hiszpańskie, stojące pod Teruelem i Albarracinem, ciągną do Daroca, i że wojska jenerała Sucheta mają iść przeciwko nim. Mądry ksiądz wiedział pewnie cos więcej, oprócz tego, co nam powiedział. Wieczorem zaprosił nas na Tertulie (zebranie). Senora Miguela brała żywy udział w rozmowie i dopytywała się o senority z Calatayud.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904

Jeden z oficerów, młody i piękny, ale o któ­rym mówili koledzy, że od cbwili przybycia do Hi­szpanii nie widział nawet żadnej kobiety lepszego towarzystwa, nie przestawał chwalić się swemi zna­jomościami, dając do zrozumienia, że nie zbywa mu na powodzeniach. Gdy już jakiś czas nagadał się o swoich zwycięztwach - jak się wyraził gwardyan— zapytała go Miguela, czy poznał też senorę Inezę— tak nieprzystępną i dumną i czy nie zrobiły na nim wrażenia jej czarujące oczy?

Któż ona jest? — zapytał mój kolega.
A gdy Miguela objaśniła go, że Ineza, jak ona, jest nowicyuszką - odparł, że spotkał ją w kościele,że jest wprawdzie łrdna, ale to, co o niej głoszą, nie jest prawdą. ”

- Ależ kochany kolego! — zawołałem nie­ bacznie senora Ineza nie przestąpiła progu domu, odkąd jesteśmy w Calatayud.

— Jakto, senor Enrique! znasz ją pan?—zapytał gwardyan, usłyszawszy moje niebaczne słowa. Bynajmniej—odpowiedziałem mu na to.—Ale mieszkałem w sąsiedztwie i słyszałem, że wuj nie pozwala jej wychodzić, odkąd jesteśmy w mieście, ten wuj to nasz największy nieprzyjaciel.
- tak! tak! — potwierdził gwardyan — a se­niora Ineza tak samo słynie z piękności, jak linionadiero, jej wuj, z patryotyzmu. I powiedziawszy to, układny gwardyan zaczął mówić o czem innem.

____

Brand, Henrich Von Pamiętniki oficera polskiego : (1808-1812). Cz. 1, Redakcja i Administracja Warecka 14, Warszawa 1904