Madryt

W parę dni po przybyciu do Madrytu, gdy pułk stał uszykowany na jednym z placów miej­skich, przystąpił przed front jakiś człowiek, ubrany jak Figaro z Beaumarchais’go komedyi i zawołał po polsku: „witam was obywatele Polacy!“ Zwał on się, jak się zaraz dowiedziano, Szulc, był ro­dem z Kurlandyi, służył pod Kościuszką; po róż­nych przygodach znalazł się aż w Madrycie.

Rozproszywszy nieprzyjaciół, prostą drogą do Madrytu pomaszerowaliśmy i dnia 6 grudnia tameśmy stanęli. Dnia jednego maszerując z Muratem w awangardzie, stanęliśmy pod jedną wsią na popas i spoczynek, ale tylko torby z jęczmieniem do je­dzenia na głowach koni przewieszaliśmy, postrzega­my pędzącego się gońca hiszpańskiego na mule drogą od Madrytu ku nam. Murat odebrał depesze, natychmiast zawołał na koń i tak całą noc kłusem spieszyliśmy do Madrytu. Rano o godzinie czwartej podstąpiliśmy do miasta. "Wjeżdżając przez bramę widzimy na ulicy leżących świeżo pobitych huzarów hiszpańskich i w dwóch miejscach miasta dymy pa­lących się pałaców. W tem dowiadujemy się, że pospólstwo pobiło huzarów Księcia Pokoju Godoy, i pałac jego i matki spalili i zrabowali, a samego do baszty zaprowadzili i tamże osadzili, mając go zaraz na szubienicy powiesić.

Odebrawszy taką wiadomość Murat, komenderuje szwadron jeden aby spieszno uderzyli na basztę i tym sposobem Księcia Godoy odebrał. Pospólstwo, które wartę trzymało przy tej baszcie, widząc pędzące się wojsko francuzkie pou­ciekało, więc drzwi do więzienia wybito, Księcia wy­prowadzono, wsadzono na konia i przystawiono do Murata; ten go natychmiast odesłał i ruszył on z mocną eskortą do Bajonny będąc uratowany od śmierci, bo ten Książę trzymał stronę Francuzów i sprawił to, że jako przyjaciele Hiszpaniji przeszli spokojnie góry Pirenejskie i weszli do kraju; ten Książę Godoy więcej niepowrócił do swojej ojczyzny. Napoleon przymaszerował do Madrytu i kwaterował tam dni kilka. Drugiego dnia rozkazał całej armiji stanąć w paradzie, gdzieśmy maszerowali i defilowali z okrzykami: „Niech żyje Napoleon!” Po skończo­nej defiladzie, odebraliśmy od niego podziękowania w przytomności całej armiji za przejście mężne i od­ważne wąwozów gór Somo-Sierra. Następnie cała gwardya francuzka zaczęła wydawać okrzyki: Braves Polonais! to jest, Dzielni Polacy!... wyrzucali w po­wietrze bermice i kapelusze.

Napoleon mając do dwóch tysięcy lub więcej rannych i chorych, niemógł ich dalej prowadzić, raz, że upały były ogromne, a potem, że i wozów takich w tym kraju niedostanie, a najbardziej, że nigdzie szpitalu założyć nie można i chorych tam umieścić, bo naród ich pozabija. Cała armija była silna do dwudziestu tysięcy. Przywołuje tedy Na­poleon przełożonego Bonifratrów, którzy mieli Kla­sztor wielki, a w nim znajdowało się do kilkuset zakonników, temu oddaje ten cały lazaret pod opie­kę i obronę na krótki czas, zostawia razem dokto­rów, aptekę i kasę z pieniędzmi, przy każdym cho­rym zostawiono broń, amunicyę, aby się w przypad­ku mieli czem bronić, a przyobiecał tym znaczną nagrodę i względy na dal. Ten przełożony z chę­cią to przyjął i z największem zapewnieniem że to wszystko dopełni, a wszelkiego starania dołoży. Więc ten lazaret zaprowadzono i w tym klasztorze chorych złożono, a Napoleon wymaszerował dalej za nieprzyjacielem aż do tak nazwanego miasta Świętego Krzyża.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

Tu odebrał wiadomość, że Austrya traktat zer­wała i rozpoczęła wojnę; niemógł więc dalej ścigać nieprzyjaciela i przymuszonym był spiesznie powró­cić do Francyi. My zaś maszerując napowrót przez Madryt, dowiadujemy się, że ten cały lazaret Bonifratry wraz z pospólstwem w pień wycięli, zaledwo kilku nieszczęśliwych zostało, między temi był z na­szych jeden Dębski, który niemiał jednej ręki, a ten nam o tem wszystkiem opowiadał: że byli ci cho­rzy w kilku salach złożeni, na niższem i wyższem piętrze, podzieleni na klassy podług słabości i mo­cy; to wtenczas, gdy ta rzeź nastąpiła, ten Dębski znajdował się w dolnej sali, tu usłyszeli przerażają­ce głosy i wielki płacz, a że w tej sali było naj­więcej takich tylko rannych, co mogli jeszcze cho­dzić i bronić się, więc domyśliwszy się, że źle, nie czekając tego napadu i gwałtu, łóżkami, stołami i stołkami mocno drzwi zaparli i sami jak tylko któ­ry mógł bronili się. Gdy zaś usłyszeli że Napoleon niespodzianie już postępuje napowrót i że on się zbliża do Madrytu, zaczęli uciekać i chować się. Jak tylko Napoleon do Madrytu weszedł, zaraz po­słał batalion piechoty i szwadron kawaleryi zoba­czyć, czy tak jest, że chorych pozabijano, a gdy się przekonali, nakazał mnichów mieczem wytępić, a Klasztor zburzyć i spalić, co też i spełniono.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

W pośrodku miasta na placu jest miejsce wysy­pane piaskiem, naokoło lożami i siedzeniami obsta­wione, w środek tego placu wpuszczają bydle byka lub jałówkę mające przybrane rogi, grzbiet i ogon w fajerwerki, które się zapalają, a duże psy brytany szczują na nieszczęśliwe bydle; gdy tak rozgniewane i rozhukane staje się najdzikszem zwierzęciem, wy­stępuje naprzeciw niego Hiszpan bogato i kosztownie ubrany, w prawej ręce trzyma szpadę, a w lewej na wałeczku drewnianym, chorągiewkę pąsową zwiniętą, która mu służy do podniecania zajadłości zwderzęcia, potem już psy odwrołują z placu, a Hiszpan wyprawia rozmaite igrzyska z bykiem, popisując się zrę­cznością i odwagą swoją. Gdy ten byk naciera na Hiszpana w największej zapalczywości, ten umyka przed nim, rozpuszcza tę chorągiewkę i miota nią, a byk za kolorem pąsowym zwraca i naciera. Osta­tnia sztuka zręczności jego, warta jest widzenia; przypuszcza byka jak najbliżej siebie, ten grzebie ziemię nogami i rogami, porze i rzuca w górę wy­ soko, ryczy głosem przeraźliwym, biegnie pędem na Hiszpana, ten chorągiewką wywija, a w tej chwili kiedy byk schyla głowrę aż do żiemi dla pochwyce­ nia Hiszpana na rogi, on daje z wierzchu pchnięcie szpadą między łopatki przednie tak mocno i trafnie, że przez mostek między nogami przedniemi na wy­lot przebija i puszcza go hasać ze szpadą utkwioną; tu byk ze strasznym rykiem, podskoczy raz i drugi wreszcie pada bez życia. W tej chwili przybiegają Hiszpanie z dwoma mułami, wiążą te do nóg zadnich byka i wyciągają aż do przeznaczonego miejsca. Wszyscy dają grzmiące oklaski z wielkim krzykiembravo, bravo, bravissimo. niech żyje Król nasz!...

Spiesznie oprawiają tego byka, rąbią mięso na sztuki, największe dwa funty; po funcie, po pół i ćwierć, nawet i te kawałki rozsyłają po wszystkich rodzinach, co one uważają za wielką osobliwość iłaskę królewską, bawią się i cieszą Avesolo. 

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

Od czasu uwiezienia Króla, naród napadał w nocy na koszary nasze chcąc nas w pień wyciąć, aleśmy już naprzód uwiadomieni, najściślejszą ostroż­ność zachowali; a jak tylko późny wieczór nastawał, zaraz w największej cichości występowaliśmy z ostro nabitą bronią wraz z artyleryą na plac w koszarach i w kolumnie całą noc aż do świtu stali, a na dzień znowu do stajen i na swoje miejsca powracali, ko­ nie jednak zawsze były w kulbakach i broń ostro nabita. Tę samą ostrożność zachowywała i piechota gwardyi w drugich koszarach i w obozie za mia­ stem u brain Cadyxu. Cała siła nasza wówczas wynosiła 25,000 razem z legiją irlandzką; oprócz tego były trzy pułki piechoty, pułk jeden Huzarów i część gwardyi konnej hiszpańskiej, którzy wspólnie z nami służbę w pałacu królewskim odbywali.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

W miesiącu lipcu wykomenderowano część gwardyi na spotkanie Króla Jó­zefa Napoleona, którego protradziliśmy od miasta Irun na samej granicy hiszpańskiej leżącego przez góry Pirenejskie, aż do stolicy kraju Madrytu. Przy­byliśmy z nim pod Madryt dnia 31 lipca tego sa­ mego roku, byliśmy już na widoku miasta, słońce było nad zachodem, a nikogo nie wysłano na spo­tkanie króla. Stanęliśmy na drodze dla spoczynku, bo nieznośne upały były; w tem dała się widzieć jedna tylko kareta jadąca naprzeciwko nas, w któ­rej sześć mułów paradnie i bogato ubranych zaprzę­żonych było. Gdy przyjechali do nas wysiadło czterech grandów przepraszając Króla i razem pro­sząc go o łaskę, aby wjazd swój do stolicy dziś wstrzymał, że jeszcze nie są wszyscy przygotowani do przyjęcia, i aby raczył udać się do Saint Martin pałacu letniego królewskiego niedaleko z tej strony Madrytu leżącego. Na to Król Józef chętnie się zgodził i zaraz z traktu na lewo zwróciliśmy, a ci grandowie razem z nami. Już późno ciemnym wie­czorem stanęliśmy w tym pałacu, a ten stał w środ­ ku przepysznego ogrodu, my rozmieściliśmy się w tym ogrodzie. Dla bezpieczeństwa zaraz wszędzie warty rozstawiono i patrole pilnie czuwały. Król Józef wszedł do pałacu z generałami i grandami hiszpańskimi, oświecono wszystkie pokoje i galerye, wyszedł Król z całą kompaniją, usiedli koło stołów, a uczta jedzenia i napoju się rozpoczęła.

Około północy przyjechała druga kareta ogro­mna, w której osiem mułów zaprzężonych było, z tej wysiadło dam kilka; a później jeszcze i trzecia ka­reta także z damami i mężczyznami; przybyłe osoby ciągle się bawiły z Królem aż do godziny trzeciej po północy. Gdy dzień rozświtać począł, wszyscy, oprócz dwóch grandów pozostałych, do miasta od­ jechali, a Król udał się na spoczynek. Przed połu­dniem już był Król ubrany i bez przestanku grandzi jedni przyjeżdżali, drudzy odjeżdżali; to działo się dni pierwszych sierpnia 1810 roku.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

O godzinie czwartej po południu wyruszyliśmy do stolicy; w sa­ mej bramie miasta, kilkunastu grandów spotkało Króla. Wojsko francuzkie w dwóch otwartych sze­ regach przez ulice i place stało aż do pałacu, mu­ zyka grzmiała; echo od huku armat i dzwonów roz­legało się, lecz, prócz tłumów pospólstwa nizkiej klassy, nikogo więcej nie widać było. W oknach po wszystkich domach były powywieszane różne materye, aksamity, adamaszki, a nawet i kołdry różnych gatunków i kolorów; oraz głosy różne krzy­kliwe dały się słyszeć: „Niech żyje Józef Król Hisz­pański!...’’ ze szlachty zaledwie kogo widzieć można było. Z taką paradą i okazałością wprowadziliśmy Króla do pałacu; myśmy w tych samych koszarach królewskich stanęli co i pierwej. Wieczorem zaczęto się zjeżdżać do pałacu, wielu grandów i szlachty przybyło, jedni karetami odwiecznemi, inni na mułach i osłach w bogate siodła ubranych.

Pałac by oświecony noc całą; nazajutrz rano po odbytej paradzie i obluzie warty dopełnić kazano homagium. Kilku arcybiskupów i biskupów i innych grandów na koniach i mułach w bogate rynsztunki ubranych wierzchem jechało, a Hiszpanie bogato ubrani, konie ich i muły, idąc piechotą, za cugle prowadzili. Jeden z tych grandów siedząc na koniu trzymał chorągiew w ręku niewielką z materyi jedwabnej koloru pąsowego, na której było wyszyto grubo złotem dwa lwy i dwie bastyle, to jest herb Hiszpaniji; była ona naokoło galonami i frenzlami szerokiemi złotemi obszyta z kutasami i sznurami. Między grandami szło piechotą ośmiu Hiszpanów, a  bardzo kosztowne i drogie suknie ubranych, a to z jedwabnej grubej materyi złotem tkane i drogiemi kamieniami i per­łami naszywane; ci nieśli na ramionach Salwy pąsowe jedwabne siatkową robotą sporządzone, a w któ­rych mieli pieniądze, była to sama srebrna moneta nazwana pesetas i realos.

Cały dzień an paradzie i assystencyi przepędzi­liśmy, a upał był nieznośny. Udaliśmy się na wielki plac, gdzie było postawione rusztowanie dosyć wysokie, okryte i obite aksamitami i adamaszkami koloru pąsowego, z złotemi galonami, kutasami i frenzlami, na którym stało kilka krzeseł, także bo­gato przybranych, a na tych posiadali grandowe; ten zaś z nich co dzierżył choragiew z herbem, w środku stanął między nimi i miał do narodu mowę; ośmiu zaś z Salwami stali naokoło i gdy mowa się skończyła, naród wykrzyknął: „Niech żyje Józef Król Hiszpański!...” Pieniądze z rusztowania rozrzucano, a pospólstwo chwytało i rozbijało się.

Dalej pomaszerowaliśmy na plac S. Marcina; potem na plac Betiro zwany, tam, też same ceremonije spełniano, a już wieczorem przy odgłosie dzwonów i huku armat powróciliśmy do pałacu. Drugiej no­ cy powtórnie był pałac oświecony, a wielki hal z muzyką i tańcami odbywał się do dnia białego. Dnia trzeciego zjazd na wybory ministrów i senato­rów, oraz urzędników pierwszych, przez cały dzień odbywał się także, lecz tego nieukończono. O za­chodzie słońca, porozjeżdżali się wszyscy i cichość zupełna w pałacu nastąpiła.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

O godzinie 9 już wieczorem przyjechał kuryer hiszpański z depeszą do Króla donoszącą, że naród nie tylko z swoją, ale i z sprzymierzonych sobie siłą, prowadzi Króla poprzedniczego swego do sto­licy. Po odebraniu takiej wiadomości, Król Józef ucieka z Madrytu, a pałac ulega kompletnemu zra­bowaniu; Francuzi łupią i zabierają lustra i inne kosztowne rzeczy; rozbijają, łamią i oknami na uli­cę wyrzucają. My stojąc w koszarach po takiej trzy­dniowej pracy spoczywaliśmy i oniczem niewiedzieli; wyszedłem był za bramę koszar na ulicę, a już by­ ło późno w nocy; widzę, że żandarm prowadzi dwa konie; pytam się, zkąd to ma i czyje są?... Ten od­ powiedział, że jego własne i mówił dalej: „Albo nie wiesz o tern, że musiemy uciekać ztąd; cały pałac rabują nasi, a jam dwa konie zabrał ze stajni kró­lewskiej, biegaj prędzej kolego, bo nic już nie za­ staniesz.”

Tu ja niewracając do koszar, biegnę z go­łą głową bez broni jak najprędzej do pałacu; przy­biegłszy tam, zastałem jakby jarmark: jedni wypro­wadzają konie, muły i osły, inni wynoszą różne drogie rzeczy; ledwie po wschodach na górę wcisnąć się mogłem: wpadam trafnie do skarbcu a tam znajduję pęk już związanych munsztuków; jednelito ze złotych, a drugie ze srebrnych grubych taśm ro­bione, z sprzączkami kamieniami i perłami drogiemi sadzonemi. Już biegłem na dół po wschodach, a spotkało mnie dwóch generałów z adjutantami i gwałtem z rąk moich zdobycz wyrwali.

Tak ja wię­cej już do skarbcu niewracam, ale biegnę do stajni, która była w ziemi murowana jak piwnica jaka, tam jeszcze gdzie niegdzie lampa się świeciła; przesze­dłem wszystkie stajnie, już prawie puste były, rzad­ko gdzie już stał koń; osłów i mułów jeszcze było kilkanaście i to z zawiązanemi oczami, których Francuzi wziąść nie mogli, bo do siebie przystąpić nie dały. W tem znajduję jednego Hiszpana ze sta­jennych, proszę go, aby mi mógł dać pomoc do wyprowadzenia choć jednego konia; ten odpowie­dział, że bardzo trudno, bo są już przestraszone i niedopuszczają nawet przystępu do siebie. Wyjmu­ję więc kilka durów, daję mu i proszę, ten przyjął ode mnie pieniądze, sam wyskoczył na żłób i tym sposobem poszedł do konia, zawiązuje mu lepiej oczy, odwiązuje kantar i wyprowadza ze stajni. Wi­dząc ja to, że można i więcej wyprowadzić, daję mu znowu pieniędzy i proszę o drugiego; przyjmuje, je­dnego konia oddaje mi w ręce a idzie po drugiego i zaniedługo mi go przyprowadził.

Wyszliśmy ze stajni na ulicę, wziąłem te oba dane mi konie w rę­ce, a sam w środku między nimi idąc tak prowa­dziłem i do koszar doszedłem.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

Żandarmów dwóch stojących na warcie w bramie, pytali się mnie zkąd te konie dostałem, ja im krótko opowiedziałem o wszystkiem co się dzieje, zaczęli tedy wołać na swo­ ich kolegów i pobiegli w kilku do pałacu. Jak tyl­ko wprowadziłem na drugi dziedziniec, gdzie stajnie były, moje ogiery rżeć zaczęły i wybiegł do mnie kolega mój Benedykt Zielonka, pytając mnie, zkąd te konie dostałem, na to krótko odpowiedziałem mu: biegaj prędko do pałacu jeżeli zechcesz co zdobyć. Pobiegł natychmiast i niezadługo przyprowadził dwa muły; potem i wielu innych pobiegło, ale już zapóźno, z niczem powrócili. Zdobyte konie z Zielon­ką wprowadziliśmy do stajni dla słabych koni prze­ znaczonej; zaraz wziąłem siodło z konia mego, i na jednegom z tych włożył, nie dał się okulbaczać; z wielką trudnością włożyliśmy nań siodło i ujeż­dżaliśmy go póty, póki się niezmordował i niepoddał. Potem koledzy mi go najprzód po stajni a potem po dziedzińcu przeprowadzali, zdawało mi się, że już będę mógł bezpiecznie na nim maszerować; drugiego konia oddałem do słabych i innych luzem prowadzonych. Jak tylko cokolwiek świtać zaczy­nało, już pierwej piechota i artylerya ruszyła, potem my w największej cichości bez trąbienia i bębnienia wymaszerowaliśmy. Wychodząc nasi z dziedzińca za bramę puścili się ulicą, a ja dopiero wtedy z intirmeryi wyjeżdżałem i napędzałem ostatni już szwa­dron Grenadyerów; mój koń jak nie zarży, na za­dnich nogach wspina się, jak pocznie łamać liniję z lewego skrzydła na prawę; Grenadyery biją konia pałaszami, generał Pik krzyczy na mnie, gniewa się; zaledwie wyprowadzili mnie z pomiędzy szwadronów; przecie dostałem się pomiędzy artyleryę konną i tak z nimi maszerowałem.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

Przyjechaliśmy razem z Królem do bramy miej­skiej, znajdujemy ją jeszcze zamkniętą, cichość była wszędzie, wszyscy jeszcze spali. Kazano szukać klu­cza od bramy po najbliższych domach, aż z jednej kamienicy Hiszpan oknem klucz wyrzucił; otworzo­ no tedy bramę i wyszliśmy wszyscy. Maszerowali­śmy jak najwolniejszym krokiem i uszliśmy do wschodu słońca dwie mile, stanęliśmy na spoczynek sformowawszy się jak do bitwy i czekali co dalej nastąpi, czyli nas też ścigać będą?... Już słońce ze­szło, słychać było echo dzwonów i głosy ludzkie, ale strzałów żadnych. Staliśmy tak i oczekiwali aż do godziny 10 przed południem, niewidno było ża­dnego wojska za nami; odtąd zaczęliśmy dalej noc i dzień wolnym marszem retyrować. Gdyśmy już byli o mil kilkanaście odlegli od Madrytu, wieczo­rem już późnym dnia jednego stanęliśmy między winnicami, gdzie był i domek nie wielki. Król cią­gle jadąc w kabryolecie na dwóch kołach był utru­dzony, więc w tym domku chciał odpocząć; wysiadł z powozu, weszedł tam i położył się na kanapie; noc ciemna nastała i pokazały się rozłożone gęsto ognie palące się po górach ze strony wschodowej. Natychmiast posłano rekonesans, aby przekonać się co to jest; gdy powrócili, donoszą, że wojsko hisz­pańskie tam się rozłożyło. Był to zamiar nieprzy­jaciela, aby nas odciąć i niedopuścić złączyć się z armiją naszą, która retyrowała od granic Portugaliji. Uwiadomiono Króla, a ten zaraz wsiadł w kabryolet i ruszyliśmy spieszno na całą noc, a przymaszerowaliśmy do miasta Burgos, gdzieśmy się ra­zem złączyli z swoimi, bo te dwie drogi jedna od Madrytu, druga od Portugaliji do miasta tego razem się schodzą. Król kazał wziąść arcybiskupa i kilku grandów, a tych odesłał do Bayonny. Z Burgos po­ maszerowaliśmy do Brewiski, dalej do Mirandy; tu pod miastem tem zostawiono awangardę, a z drugiej strony od miasta od Burgos postawiono forpoczty nasze; my z Królem pomaszerowaliśmy do miasta Vitoryji niedaleko gór Pirenejskich i tam była głó­wna kwatera.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

W parę dni po przybyciu do Madrytu, gdy pułk stał uszykowany na jednym z placów miej­skich, przystąpił przed front jakiś człowiek, ubrany jak Figaro z Beaumarchais’go komedyi i zawołał po polsku: „witam was obywatele Polacy!“ Zwał on się, jak się zaraz dowiedziano, Szulc, był ro­dem z Kurlandyi, służył pod Kościuszką; po róż­nych przygodach znalazł się aż w Madrycie. Obie strony, tak szwoleżery, jak i Szulc, były rad z tego spotkania. Poczciwy i zwinny Kurlandczyk służył pułkowi za faktora i przewodnika w obcem mieście; dopomagał jak mógł swoim rodakom. Podobno według wieści, w gwardyi Wallonów szwajcarskich, znajdowało się wtedy wielu Pola­ków, wziętych do niewoli przez Francuzów z wojsk austryackich i aż tutaj, do Hiszpanii zwerbowa­nych. Tych jednak szwoleżery nie spotykali. W ogóle bawiono się w Madrycie dobrze. Chłopców roznoszących po mieście wodę do picia, nauczyli wołać po polsku: „zimna woda dobra!“ i cieszyli się tym okrzykiem, brzmiącym po raz pierwszy na ulicach starej Iberów stolicy.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.

W dniach pierwszych maja 1808 roku, rozka­zano przystawić do Bayonny Królowe z synem młod­szym Karolem i córką Marysi. Jeszcze byli mało­letni, syn miał lat 14 a córka 10, zaś Ferdynand, syn starszy mial lat 24 skończonych. Poznał Miurat, że narodu coraz to więcej do Madrytu przyby­wa, i że wywiezienie Królowej z dziećmi bez rozle­wu krwi nie obejdzie się. Dnia 3 maja jako w świę­to Znalezienia S-go Krzyża, wielką, uroczystość ob­chodzono i w kilku kościołach wielkie odpusty od­ prawiane były; więc pod pozorem odpustów, wielka liczba narodu z wszelkich prowincyj do stolicy zgro­madzała się.

O godzinie 10 rano tego samego dnia nabożeń­stwo po wszystkich kościołach kończyło się, podo­bnie jak we wszystkie niedziele i święta, a to dla wielkich upałów tej pory roku. Zaczęli dzwonić po wszystkich kościołach i pokazały się długie processye wychodzące z wszystkich części miasta. W tein dał się słyszeć gęsty strzał i dochodzi wiadomość, że naród napadł na arsenał i zdobył go, zniósł warte i pobił. Dwa pułki piechoty hiszpańskiej złączyły się z nami, a trzeci pułk w koszarach stojący, chciał się złączyć z narodem, lecz myśmy go mocno zaparli i zamknęli w koszarach, a tym sposobem wstrzymali i niepuścili. Cała gwardya tak nasza jak i hiszpańska od wschodu słońca, jedna połowa w pałacu, a druga na ulicy pobliskiej w pogotowiu sta­ła, razem z artyleryą konną i pieszą. Wszystkiemi prawie ulicami miasta dały się widzieć też processye zbliżające się ku pałacowi; naród z rozmaitą bronią i obu płci, dowodzony przez księży starych i młodych postępował z złowrogą postacią. Zaczęli strzelać i silnie na nas nacierać, jakby bałwany wo­dy nawalnej. Książę Miurat wytrzymał z parę mi­nut, ale gdy postrzegł że złe się wzmaga, rozkazał wystąpić artyleryi i sypnąć kartaczami, a to tak gęsto, że naród padał jak słoma; tym sposobem wstrzymano nawrałę i do cofnięcia się zmuszono. Jednakże niepoprzestali ze wrszech stron z domów i dachów strzelać. Widząc tedy Miurat że wstrzy­mać i uspokoić niepodobna, posłał rozkaz aby woj­sko w obozie stojące wstąpiło do miasta; a gdy przymaszerowali, rozesłał dywdzyonami po wszystkich ulicach i placach, a ciągły i nieustanny rozpoczął się ogień. Co najniebezpieczniej i najszkodliwiej by­ło, że z domów i dachów cegłami, dachówdcami, ka­mieniami i rozmaitemi ciężkiemi sprzętami miotano na wojsko. Zaś patrole kawaleryi wysłane były naokoło miasta, aby narodu przybywającego z prowincyj niepuszczać do miasta, ani z miasta niewypuszczać. W dzwony nieustannie bito, nie tylko w mieście, ale i w całej okolicy, bo Hiszpanija jest gęsto zamieszkana, kościołami i klasztorami napełniona. Na godzinę przed zachodem słońca, strzały coraz rzadziej słyszeć się dawały.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

O samym zachodzie słońca, widziemy z pałacu postępującą konną gwardyę hiszpańską prosto ku nam; stanęli o dwieście kroków, sam generał podje­chał do Miurata i przemówił w te słowa: „Co ja mam teraz czynić?...” Miurat z hardą miną odpo­wiada: „Jeżeli chcesz, bij się z nami, a jeżeli nie, to czyń to, co my czyniemy.” Hiszpan pozostał w milczeniu przez kilka minut zamyślony; widać było w jego twarzy wielkie pomieszanie i smutek. Zapytuje powtórnie Miurata, co mu rozkaże czynić. Murat odpowiedział surowo: „Daj rozkaz swojej gwardyi, aby plutonami porozjeżdżali się po ulicach i Wołali na pospolstwo, żeby buntu poprzestali, bo jeżeli nie, to ogniem i mieczem całe miasto zburzyć każe, a ja za każdym plutonem, drugi z gwardyi mojej wyszlę. Generał hiszpański wszystko to speł­nił co Miurat nakazał, sam zaś z nami pozostał. Na takie surowe i okropne zagrożenie, na jaki czas nastąpiła spokojność, lecz znowu potem postrzeżono, że zgromadzają się w kluby uzbrojeni po różnych miasta ulicach. Miurat tedy wydał powtórnie roz­kaz, aby Wysłać patrole na resztę nocy i zgroma­ dzających się rozpędzać, a Wszystkich tych cobyz bronią a w ręku spotkani byli na ulicach, brać pod straż, a zatrzymać przy oddziałach naszych, aż do dalszego rozkazu. Wojsko zaś nasze całe po pewnych punktach na placach i ulicach na noc całą zostało rozstawione.

Nazajutrz rano, to jest dnia 4 maja, jeszcze przed wschodem słońca, Miurat przez Mameluków rozesłał polecenie rozkazujące pułkom, aby każdy na tern samem miejscu gdzie stoi pozostał, zaś wszystkich tych, co w nocy pochwytali i w areszcie trzymają, bez względu na płeć, wiek i stan, równo z pierwszem promieniem słońca wschodzącego roz­strzelać, co i spełniono. Nader przeraźliwe i smutne echo strzałów odbiło się po murach i ulicach, a głos płaczu i narzekania był nader przejmującym. Warty zaraz postawiono i niepozwolono nikomu do tych pobitych ofiar przystąpić, a tem bardziej ruszać ich z miejsca do dalszego rozkazu; a tak te ciała przez dwa dni leżały. Cała gwardya i wszystkie wojska stały pod bronią przez cały ten czasu przeciąg. W koszarach gwardyi konnej mieliśmy tych nieszczę­śliwych aresztowanych osób, różnej płci, wieku i sta­nu do ośmdziesięciu, między niemi była jedna pan­na imieniem Eufrozyna, córka aptekarza, znajoma mi, bogatych i poczciwych rodziców córka, w ich domu często bywałem.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

Będąc tedy na straży, myślałem o tem i szuka­łem sposobu, abym biedną znajomą mógł uratować. Generał Pik od Grenadyerów konnych, był także przy warcie. Rozkazał wachmistrzowi od Dragonów pójść z nami do więzienia, gdzie ci nieszczęśliwi zamknięci byli i wyprowadzić ich na płac śmierci. Był korytarz wazki i ciemny pomiędzy wiezieniem u stancyami dla warty, do których z tego korytarza drzwi były. Wachmistrz przybył z nami do główne­ go wyjścia. drzwi odemknął, a nas wzdłuż koryta­rza tego, tak rozstawił: kolegę mego postawił w sa­mych drzwiach więzienia, a mnie nieco dalej, na­ przeciw tych drzwi, co stanowiły wchód do stancyi przez wartę zajmowanej i tak dalej porozstawiał aż do drzwi sieni wielkiej wychodzącej na plac koszar, gdzie i sam wachmistrz stanął i liczył tych nieszczę­śliwych głośno. Zaś, generał Pik stał na środku sieni, prosto samego korytarza, tak, że mógł go wi­ dzieć w całej długości. Gdy zaczęli ci nieszczęśliwi jeden za drugim porządkiem wychodzić z więzienia, nadchodzi i znajoma moja, moja Eufrozyna, chwytam ją za rękę, zatrzymuję i mówię do niej prędko i ci­cho, aby dała mi się ztąd uprowadzić, bo za chwi­lę wszyscy oni rozstrzelani będą; dziewica na to się rozśmiała, wyrwała rękę i pobiegła za innemi. Ge­nerał, który to widział jak zatrzymywałem dziewczynę, krzyknął na mnie surowo: „Co to robisz?.... puszczaj! ” Gdy ich wyprowadzono na plac i postawiono w jeden szereg, a już stał komenderujący oficer z Dragonami przygotowanymi do rozstrzelania i czekającymi tylko na ostatni rozkaz generała, ci nieszczęśliwi gdy zobaczyli broń do nich wymierzo­ną, prawie w trzeciej części ze strachu popadali na ziemię, a przeto wszyscy strzałami rażeni nie byli. Tu kazał generał przystąpić Dragonom i skłuć ich leżących bagnetami.

Trzeciego dnia dopiero, gdy już fetor od ciał gnijących czuć się mocno dawał, pozwolono przystą­pić żyjącym i te ciała zabierać. Tu dopiero, ach!... co za smutny i okropny był widok, co za płacz i narzekania!... Rodzice szukają i poznawają dzieci swoje, dzieci swoich rodziców. Mąż żony, żona mę­ża szuka, przyjaciel przyjaciela; trudno jest opisać tych chwil, skutku nieludzkiego tyraństwa! W kilka dni potem, byłem u rodziców tej panny, którą chcia­łem ocalić, mówiłem im o tem; rzewnie ją opłaki­wali i wołali o pomstę do Nieba, bo tylko tę jedną córkę mieli.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka

Hiszpanie odtąd stali sie największymi naszymi nieprzyjaciołami; najprzód zatruli w magazynie chleb i wino, któreśmy dostawali na dystrybucyę, a nawet i wodę w dwóch fontannach, gdzieśmy sami pili i konie poili. Ale jakoś Pan Bóg nas uchował i zdra­da się odkryła, już ten chleb prawie w rękach mie­liśmy, bo go furgonami do koszar przywieziono i zatrąbiono już na dystrybucyę, a nawet poczęto rozbierać; w tem pędzi adjutant na koniu i zdaleka woła, aby dystrybucyę wstrzymano i chleba nierozdawano. Przeszło dni dziesięć, że nam żadnego chleba, mięsa i wina nieudzielano, żywiliśmy się je­dynie po domach nam znajomych i przyjacielskich i to z wielką ostrożnością; dopiero później za zabez­pieczeniem pewnem magazynów, dostawiono dla nas żywność, a przy fontannach, gdzieśmy brali wodę do picia i gotowania strawy i gdzieśmy konie poili, czujne warty po dniach i nocach stały. Królowa w kilka dni później po tem wzburzeniu, wraz z sy­nem Don Carlosem i infantką Maryą, córką swoją, wywieziona została pod mocną eskortą do Bayonny.

Hiszpanie tern tyraństwem tak mocno rozjątrze­ ni zostali, że w Madrycie żaden Francuz, czy oficer, czy żołnierz sam, nigdzie pokazać się niemógł, bo zaraz sztyletem sprzątniętym został; najmniej po dwóch razem i z nabitą bronią chodzić musieli. Nawet i w marszu przez miasteczko lub wieś prze­ chodzący, gdy spragniony zaszedł do jakiego domu, już więcej pewnie nie powrócił, bo go sprzątnięto, albo ciężko raniono. Gdy zaś Francuz jaki popadł w niewolę, to męczeńskie sprawiali mu łaźnie.

Po tej rewolucyi zaraz w Madrycie czyniono silne i czynne poszukiwania z członków policyjnych hiszpańskich, przy assystencyi wojskowej, po wszyst­kich kościołach, klasztorach i domach, dla odebra­nia broni, a szczególniej sztyletów, których kilka furgonów odesłano do Francyi, bo wszyscy prawie męzkiej i żeńskiej płci starzy i młodzi, nawet i dzie­ ci, jedne sztylety nosili przy sobie, a drugie mieli w łóżkach; mężczyźni nosili w rękawach, a kobiety za gorsami. 

Napoleon dowiedziawszy się o wypadkach w Ma­drycie, był mocno tern tyraństwem oburzony i roz­kazał, aby Miurat. oddał komendę marszałkowi Bessier, a ten Duroc’owi, którego później przysłał, sam zaś Miurat, aby powrócił do Francyi. Także Na­poleon przysłał odezwę do narodu hiszpańskiego, z nagana nieludzkiego postępku Miurata i że to bez jego rozkazu i wiadomości się stało. Lecz nic nie pomogły te kroki, codzień w sercach Hiszpanów wzrastała zemsta większa i nieubłaganie zacięta.

____

Wincenty Płaczkowski, Pamiętniki Wincentego Płaczkowskiego porucznika dawnéj gwardyi cesarsko-francuzkiéj spisane w roku 1845, Żytomierz, 1861, A. Kwiatkowski i Spółka