Medina de Rioseco

Przeszedłszy Pireneje nie­pokojony on był w górach przez bandy gierylasów i odpocząwszy sobie w Burgos, ruszył do Rioseco. Tutaj wraz z szaserami i Mamelukami gwardyi, uderzył on na sławny pułk dragonów królowej hiszpańskiej (de la Reyna) i rozbił ich doszczętnie. Pierwszy ten krwawy chrzest szwadronu przynosi mu zaszczyt. W szarży tej Joa­chim Hempel wpadł na działa z kilku żołnie­rzami i zrąbany szablami dostał się wraz z Go­łębiowskim do niewoli.

Przymaszerowaliśmy prosto do miasta Kiaseco do pułkowej kwatery. Tam gdyśmy stali, a dłuższe noce nadeszły, pułkownik Krasiński namówił ofice­rów do zrobienia składki i wydania kilku bali, co i uskuteczniono. Przywołano Seniora Alkadę, jako pierwszego urzędnika miasta; oświadczono mu swój zamiar i proszono go aby bilety zapraszające na bal sam rozpisał i rozesłał po domach i rodzinach, co też dopełnił. Muzyka była nasza pułkowa z hisz­pańską połączona. Dla spotkania i przyjmowania gości na bal, kilku było z nas naznaczonych.

Gdy czas balu się zbliżył poczęli goście przybywać; jedni piechotą, inni nie pojazdami, ale na koniach, mułach i osłach przyjeżdżali. (Pojazdów używają tylko w stołecznem lub prowineyonalnem, znaczniejszem mieście i to najwięcej tylko na zamiejskie przejaż­ dżki). Te były przystrojone w siodła pojedyńcze i podwójne, jedwabnemi materyami, adamaszkami i aksamitami różnych kolorów wybijane i obszywane galonami, frenzlami i kutasami; grzywy ich i ogony szerokiemi wstążkami różnych kolorów były ozdo­ bione w fantazye i kokardy, a na głowach tych zwierząt strusie pióra powiewały. Hiszpanie piesi prowadzący konie, muły i osły za cugle bogato i pięknie byli ubrani, a panowie ich i panie bez ża­ dnego trudu spokojnie i wygodnie na siodłach sie­dzieli. Ktokolwiek z gości przybył przed dom balowy, to go zaraz dwóch Hiszpanów u drzwi stojących i znających dobrze nazwiska osób, ogłaszało, wołając głośno, że Marquez lub Marqueza ta i ta przybyli My na ten odgłos zbiegamy z góry; spotykamy przyjmujemy i prowadziemy do salonu.

Między przyjeżdżającemi na bal, była dziewica córka Marquezy, dziwnie i czarująco piękna; ta przyjechała na ośle, pułkownik kazał nam ją wraz z jej wierzchow­ cem przynieść na sale, cośmy i dopełnili i wraz z osłem na górę ją po wschodach wynieśli z czego ona była mocno uradowana. Muzyka grała polone­zów i mazurków, co się Hiszpanom bardzo podoba­ło i tańcowali razem z nami mazurka, a od pierw­szego razu tak dobrze tańcować potrafili, że prawie każda para inną figurę robiła, a to bardzo zgrabnie i spiesznie. Tańcowali także swoich narodowych tańców, fandago i bollero. Ze wszystkich Hiszpa­nów najpiękniej i najlepiej umieli tańcować niektó­ rzy ich księża.

Na jednym z balów naszych, Hiszpa­nie namówili pułkownika, aby jednego z obecnych tamże księży, który umiał doskonale tańcować, zmu­sił odtańczyć bollero z zawiązanemi oczyma; więc ten kazał księdzu wraz z damą jedną wystąpić, za­ wiązano mu oczy i kilkanaście jaj kurzych w pro­stej liniji na posadzce położono. Pułkownik chcąc go nastraszyć, kazał przynieść parę pistoletów, po­ łożył na stole i oświadczył mu, że jeżeli tańcząc choć jedno jajko rozbije, to mu głowę rozstrzeli; lecz on nie tracąc odwagi i przytomności, tańcował, wszystkie figury i poruszenia odbył bez naruszenia żadnego jajka.

Po odbytych tych zabawach, odebraliśmy roz kaz wyruszenia za nieprzyjacielem i gdyśmy w dni kilkanaście powrócili, dowiedzieliśmy się, że pod niebytność naszą, w Riaseco przyszło wojsko hisz­pańskie i wszystkich tych, którzy na balach naszych bywali i tańczyli, rózgami wysiekło. Sposób wydawania balów naszych wielkiem był podziwieniem dla Hiszpanów, bo oni, gdy wydają bal z muzyką, to stołów wcale nie zastawiają i ja­dła a napoju, tak jak u nas, hojnego nie podają; najwięcej kiedy rozniosą po dwie małych filiżanek czekolady, albo wina z sucharkami, na tem kończy się cały traktament; tylko ciągle tańcują i bawią się wesoło. Ja gdym stał w domu jednej Marquezy, wdowy, i gdym był z nią już dobrze znajomy, za­prosiła mnie raz do swego pokoju i dobywszy książ­ki opisującej obyczaje kraju naszego, prosiła mnie abym jej prawdę powiedział, czyli to w samej isto­ cie jest prawda, jak w tem dziele opisuje; tu zaczę­ła czytać, jak wielkie u nas uczty balowe wypra­wiają z wystawami stołów, sutemi i kosztownemi potrawami, ciastami, cukrami i napojami. 

Czyli tak jest, że pysznemi pojazdami i cugami paradują i podług mody francuzkiej ubierają się. Gdym to wszystko potwierdził, mocno była zdziwiona i rze­kła mi, że kraj wasz musi być bardzo bogaty, czegoście go opuścili i w tak odległe puścili się stro­ny?... Próżno jej było to tłumaczyć, właściwy powód naszego poświęcenia się nie mógł być zrozumiałym dla jej zdumiałej głowy.

Bił się tam za to czwarty szwadron pod wo­dzą kapitana Wincentego Radzimińskiego, sfor­mowany najpóźniej, bo we Wrześniu 1807 r. i dlatego najpóźniej przybyły do Hiszpanii i włączony od razu po wkroczeniu do korpusu marszałka Bessieres’a. Szwadron ten zatem wcale nie był w Madrycie. Przeszedłszy Pireneje nie­pokojony on był w górach przez bandy gierylasów i odpocząwszy sobie w Burgos, ruszył do Rioseco. Tutaj wraz z szaserami i Mamelukami gwardyi, uderzył on na sławny pułk dragonów królowej hiszpańskiej (de la Reyna) i rozbił ich doszczętnie. Pierwszy ten krwawy chrzest szwadronu przynosi mu zaszczyt. W szarży tej Joa­chim Hempel wpadł na działa z kilku żołnie­rzami i zrąbany szablami dostał się wraz z Go­łębiowskim do niewoli.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.

 

Po bitwie Bessieres zajął miasto Rioseco i przez dwa dni tam odpoczywał, oczekując na posiłki. Zdarzyło się, że piechota francuska plondrując wszystkie kąty po mieście, w klasztorze domini­kanów w podziemnej piwnicy, znalazła zamknię­tego Hempla i Gołębiowskiego, gdzie obaj leżeli ranni. Klasztor był pusty i zakonnicy wszyscy pouciekali. Natychmiast biednych więźniów z tamtąd zabrano. Hempel miał całą głowę posiekaną szablami i mała była nadzieja uzdrowienia go; jednakże wyszedł z tego. Gołębiowski zaś nie był ranny w bitwie, ale gdy wzięty został i obu jeń­ców dragoni hiszpańscy prowadzili do miasta, przechodzili małą rzeczkę i Gołębiowski spra­gniony mocno schylił się, aby się napić wody. Jeden z dragonów w tej chwili ciął go pałaszem z boku w twarz i zranił go tak mocno, że mu oko ze wszystkiem wypłynęło. W mieście oddano ich dominikanom, którzy przyjęli jeńców z po­gardą i surowością i wprowadzili ich do lochu podziemnego, gdzie ich zamknęli. I tu jednak polscy wojownicy nie mieli spokoju. Dominikanie pokilkakrotnie wpadali do lochu, krzyczeli na nich, grozili im, podawali sobie wzajemnie szty­lety, aby ich pozabijać. Szczęściem nie znalazł się nikt między zakonnikami, co chciał się do­ puścić morderstwa ; scena ta jednak tak silne na Hempla wywarła wrażenie, że potem ilekroć zobaczył księdza, to mienił się na twarzy, bladł i omdlewał.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.