Tabernas

Z Santofe wróciliśmy do Tawerny. Tu kazano mi wziąć kilku żołnierzy i szukać drzewa na opał. Pod miastem był lasek oliwny; pobiegliśmy więc czemprędzej do niego i zaczęliśmy rąbać drzewo oliwne. W term przychodzi jakiś mieszczanin i mówi:

— Moi żołnierze, nie róbcie mi krzywdy! Ten lasek jest mój; szkoda marnować tak piękne i pożyteczne drzewiątka.

Z Santofe wróciliśmy do Tawerny [Tabernas]. Tu kazano mi wziąć kilku żołnierzy i szukać drzewa na opał. Pod miastem był lasek oliwny; pobiegliśmy więc czemprędzej do niego i zaczęliśmy rąbać drzewo oliwne. W term przychodzi jakiś mieszczanin i mówi:

— Moi żołnierze, nie róbcie mi krzywdy! Ten lasek jest mój; szkoda marnować tak piękne i pożyteczne drzewiątka.

— Wybacz pan, odpowiadam mu, ale taki dostałem rozkaz, boć przecież na słońcu gotować nie możemy!

— Ja wam dam innego drzewa na opał, odrzekł ów obywatel.

— Dobrze, mówię, ale zaraz dawaj. Don Sebastjan, bo tak się zwał ów mieszczanin, zaprowadził nas do miasta, do składu drzewa, kazał przynieść wagę i odważyć nam pięknego drzewa, ileśmy żądali.

To mnie bardzo zastanowiło, że ci ludzie ważą drzewo, jak u nas kupcy cukier i kawę. Później zmiarkowałem, że w Hiszpanji trudno o drzewo opałowe. Francuzi w potrzebie i deski nawet od tru­mien odrywali i zabierali. Nieraz posądzono ich o rabunek, a oni to z potrzeby, nie ze swawoli czynili.

Don Sebestjan został naszym magazynierem i dostarczał nam zawsze drzewa. Będąc często przy wadze drzewa, przymknąłem cza­sem oko, choć nie doważało. To ujęło owego Hiszpana tak, że mnie wziął na bok i rzekł do mnie:

— Przy lasku oliwnym poznałem zaraz, żeś dobry, ludzki czło­wiek, a teraz przekonywam się o tem ciągle; dlatego proszę cię bar­dzo, żebyś dom mój uważał za własny. Ilekroć będziesz chciał, mo­żesz zawsze przyjść do mnie, a ja ci niczego żałować nie będę.

Tak tedy według możności chodziłem często na posiłek do Sebastjana i przyznać muszę, że mi dobrze było u niego.

Razu jednego, przybywszy na wieczerzę do niego, usiadłem so­ bie w małym pokoiku, a wtem przychodzi Sebastjan i powiada mi, że dziś wyprawi chrzciny, bo żona mu synka powiła. Powinszowałem mu tego szczęścia i usiadłem znów osobno, bom się bał Hiszpanów.

____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928

Tymczasem goście schodzić się zaczęli do dużej izby, gdzie przy­ gotowywano wielką ucztę. I mnie poproszono na nią, a Don Sebastjan powiedział gościom o mnie, żem żołnierz polski, katolik, a poczciwy człowiek z gruntu; dodał zarazem, ile ja mu to łaski wyświadczyłem, źe dziś byłby bez lasku oliwnego, tylko ja mu go uratowałem. Hiszpanie więc mile mnie przyjęli do swej kompanji, gdy to wszystko usły­szeli.

Między gośćmi było tam dużo księży, a najlepiej pamiętam jed­nego grubego. Było tam także kilku milicjantów, którzy mieli na so­bie kurtki i spodnie nankinowe, a kapelusze na trzy rogi.

Wchodząc, skłoniłem się wszystkim grzecznie i po polsku po­ witałem ich, mówiąc: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". A że słowa Jezus Chrystus prawie tak samo po hiszpańsku, jak i po polsku brzmią, więc mnie zrozumieli i pokłonili się nawzajem. Mówiłem zaś dlatego po polsku, choć mogłem ich przywitać po hiszpańsku, żeby im dać poznać, żem Polak, a nie Francuz, bo Francuzów bardzo nie lubili Hiszpanie.

Miłą miałem zabawę na tych chrzcinach. Jedliśmy dobrze, a pi­liśmy jeszcze lepiej. Oni pili po trosze, a ja po polsku, zawsze szklankę duszkiem, tak, że się dziwowali: „Carajo multo forta cabeza!“ to jest:... „Bardzo mocna głowa!" Dziwiło mnie tylko, że wszyscy jedno palili cygaro, które sobie podawali, a każdy po kilka razy po­ ciągnął i dawał drugiemu; gdy się tak jedno skończyło, zapalili drugie.

Wszyscy sobie też dobrze podchmielili, a mnie tak się już w oczach dwoiło, że u lampy, co stała na stole, dwa knoty widziałem.

Księża przysiedli sie do mnie. Jeden z nich rzekł:

— „Wiemy, żeś Polak i katolik, ale powiedz mi, jakie jest wasze nabożeństwo?"

Ja tedy zacząłem im opowiadać o naszym polskim kościele, a oni często przerywali mi, mówiąc:

— To tak jak u nas. Potem kazali mi mówić pacierz, a ja wi­dząc, że księża nie żartują, zacząłem po polsku: W Imię Ojca i Syna i Ducha Ś., i mówiłem Ojcze nasz, Zdrowaś,Wierzę w Boga, aż skoń­czyłem na Żywot wieczny. Amen. Oni też po hiszpańsku to samo mi powiedzieli.

____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928

Gdym ja mówił, to słuchali z największą uwagą, lubo Panu Bo­gu wiadomo, czy tam co zrozumnieli. Dosyć, źe im się podobało,

Po tych pacierzach zostawili mnie znowu, a poszli do kompanji innej.

Ja siedziałem rozmarzony, myśląc jedynie, jak ja się do koszar dostanę.

Kiedy tak myślę, Hiszpanie naraz zaczynają narzekać. Cieka­wość mnie zdjęła, pytam się więc:

— Cóż się to stało, że wy tak lamentujecie?
— Jeden z nich odpowiada:
— Oto widzisz, że nie wiemy jaki będzie los tego dziecięcia nowonarodzonego, i szukamy pod jaką planetą się urodziło.
— A to głupstwo i grzech, moi panowie!
— Jakto głupstwo? krzyknęli wszyscy.
— A już ci głupstwo, bo u nas, kiedy się dziecko narodzi, to się cieszą rodzice, komotry, krewni i przyjaciele, a wy tu płaczecie?

— A to wy głupi jesteście, bo jakże się można cieszyć, kiedy nie wiada, co z tego dziecka będzie i co mu złego zagraża?

Ej, to trzeba Panu Bogu zostawić,rzekłem rozgniewany i wesoło, co dał.

Co ty gadasz, człowiecze? krzyknął jeden, aż mu się oczy zaiskrzyły. Umarły skończył swoje cierpienia, a zatem nie potrzeba go płakać. Przynajmniej taka jest nasza wiara.

— To wasza wiara jest kiepska, rzekłem rozjątrzony, zrywając się ze stołka. Oni też powstali, wrzeszcząc z całego gardła:

— Nie wasza, lecz nasza wiara jest lepsza!

— Ja was przekonam, że to nieprawda. U nas w Polsce robi­my, co Kościół święty nakazuje, a wy nie zawsze słuchacie Kościoła. Kiedy w Polsce post lub święto, pobożny katolik pości przykładnie i szanuje każdą uroczystość, a wy przeciwnie robicie. Odkąd jestem w Hiszpanji, widziałem nieraz, że w wielkie nawet święta, jeszcze się nabożeństwo nie skończyło, a wy dla zarobku różne roboty odby­wacie; a co do postu, to wstyd powiedzieć, że nawet w piątek mięso jadacie. Tak więc lepsza jest nasza wiara!

— Nie, nasza jest lepsza! wrzasnęli Hiszpanie.
— Nieprawda! krzyknąłem zajadle.
— A to poganin! zawołał jeden zapalczywie.
— Tyś sam poganin! odrzekłem, zgrzytając zębami. Tu jeden dobywa sztyletu i do mnie.
Ja, choć nogi podemną drżały, odskoczyłem na bok, a wtem poczciwy Don Sebastjan porwał mnie za kołnierz, widząc moje niebez­pieczeństwo i wypchnął za drzwi. Nie wiem jak zszedłem po scho­dach, ale to wiem, że prawie wytrzeźwiony wróciłem do koszar i dałem sobie słowo, że póki życia mego, z Hiszpanami o wiarę kłócić się nie będę. Jednego razu przyszliśmy do miasta Lubrin, co zna­czy ogień, i dobrze nazwane, bo nam tam bardzo było gorąco.

____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928

Z trzech stron otaczają to miasto góry, a z czwartej woda. Je­den dzień minął spokojnie — na drugą noc nasi u mieszczan rozło­żyli się na kwatery, a ci co mieli służbę, zostali na mostach. Komen­dant, rodem Francuz, z szesnastego pułku dragonów, mieszkał u księ­dza. My wszyscy nie mogliśmy cierpieć tego oficera, bo nas krzy­wdził. Brał pieniądze na mięso i wino, a nam kazał tylko dawać sztokfiszu. Zresztą był dobry do komendy; mimo to jednak byliśmy gotowi łeb mu skręcić przy pierwszej okazji. Ja, mając pięciu żołnie­rzy, stałem na’górze, blisko miejskiej bramy, dalej niejaki Bronowski z Sempolna, także z pięcioma, a jeszcze po górach inne były pla­cówki rozłożone.

Przy rozpalonych ogniach dokoła żołnierze siedzieli i gwarzyli. Ja stojąc ze sztucerem na czatach, jakieś złe miałem przeczucie i cięż­ko mi było na sercu. Noc była ciemna i późna — zdałoby się, że wszystko śpi na świacie, a tu czasami słychać było jakiś głuchy szczęk i stuk. Oj, myślę sobie, coś się tu święci! To nie bez kozery — Hiszpanie pewno gotują zasadzkę!

Idę więc do placówki Bronowskiego i tam przyszedłszy, widzę, że jeden z moich, nazwiskiem Modrzeński, szewczyk z Poznania, opu­ścił posterunek i poszedł do drugich na pogawędkę. Zgromiłem żoł­nierza i kazałem mu wrócić na swoje miejsce, a widząc, że Bronowski lubił łyknąć czasami, mówię do niego : „Na Boga, żebyś mi dziś nic nie pił, bo te ciarachy chcą nam kurtę skroić".

Bronowski dał mi słowo, że pić nie będzie. Ostro upomniał swoich żołnierzy, aby się mieli na baczności, a ja wróciłem do swoich.

Zegar w mieście uderzył właśnie dwunastą. Słyszę, że coś sa­pie i stęka pod górą, — Zbiegam na dół i spotykam chłopa z osiełkiem, opakowanym w wory skórzane. — A dokąd tak późno? pytam. — Wiozę wino do magazynu, i chętnie poczęstuję. — Weź, pij — dobre winko.

— Chodź jeno wprzód ze mną na placówkę naszą, tam się roz­mówimy z sobą. — Przybywszy, każe mu otwierać owe wory. Prawda, to kozy ślicznego winka, które już zdała pachniało, zwłaszcza nam w nocy na warcie stojącym.

— Pij sam pierwszy, mówię do chłopa, to i my się napijemy, bo żołnierz dobry niczem nie gardzi; kiedy bić to bić, a jak pić to pić. — To nie zatrute wino, — pijcie panowie, prosi chłop. — Pij wprzód ty, to zobaczymy, czy nie zatrute. — On łyknął dobrze. Ja przeto pociągnąłem także ni złe i kolegom kazałem się napić, ale miarką.

____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928

Bronowski też łyknął porządnie, bo, prawdę mówiąc, winko było paradne. Aby jednak oddalić pokusę, kazałem chłopu ruszać sobie do miasta, co też on, ale jakoś leniwo uczynił. On zdrajca rachował na to, że czaty zabiorą mu wino, i że się popiją. Ale dzięki Bogu, bez potrzeby koniecznej, jaka się czasem zdarzy w wojnie, nigdy nie dozwoliłem moim żołnierzom podwładnym nikogo krzywdzić. Nic też więc z jego zdrady nie było.

Po odejściu chłopa, wróciliśmy na stanowisko, słuchałem pilnie uchem natężonem nieprzyjaciela. Znowu słyszę jakiś szmer i szczęk. Schodzę na sam spód góry, wytrzeszczam oczy dokoła, i odsuwając ogromne liście figowych drzew, co je morskiemi zowią, spostrzegam w ciemności chmurę ciarachów, jakby jakie pole makówek. Bez na­ mysłu palnąłem ze sztucera i dalej cofam się. Oni też zaczęli za mną strzelać, ale kule świstały nad głową moją, a jam zdrowo uszedł na górę.

Nasi już stali w pogotowiu, dali ognia w powietrze na przestrach.
Nikt nas atoli nie atakował. Wkrótce usłyszeliśmy zgiełk w mieście. Hiszpanie z przeciwnej strony tam wpadli i najpierw zajęli dom pro­boszcza. Komendant, który u niego miał kwaterę, ledwie z życiem uciekł zapomocą księdza, a jego ordynansa w kawałki rozsiekali. Tymczasem nasi, po kwaterach leżący, zaczęli się zbierać na rynku. Słychać już było straszliwe wrzaski i głośne strzelanie. Ja patrzę ku bramie, a tu pędzi komendant z gołą głową na otwarte pole. Gdy przybył do nas, nie mieliśmy nawet czasu zapytać o rozkazy, bo w tej samej chwili mnóstwo Hiszpanów ujrzeliśmy za sobą. Palnęli do nas, ale tak blisko, że już me kule, co poszły górą, ale sam płomień
nas uderzył. Powalony na ziemię, stoczyłem się na sam spód góry; macam się wszędzie, ale widzę, że mi się nic złegonie stało. Myślę, co teraz począć? Aż oto słyszę w pobliżu jakieś francuskie narzeka­nie: „O mon Dieu, mon Dieu!“ Idę za głosem iznajduję potłuczo­nego komendanta w krzaku siedzącego i tak wyrzekającego. Wzięła mnie ochota pomścić się krzywd naszych,bo to on brał pieniądze na mięso dla nas, a dawał nam niemiły sztokfisz. Jużem podniósł rękę, ale mnie Bóg natchnął Duchem świętym i pomyślałem sobie w tej samej chwili: Człowiecze, cóż ci z tego przyjdzie? Ty sam możesz lada chwila zginąć, jakże więc staniesz na strasznym sądzie Boga?

Uderzyłem Się w piersi, splunąłem na pokusę, i ciężko westnąwszy, podziękowałem Panu Bogu natychmiast, że mi nie dopuścił popeł­nić tej zbrodni. Zbliżyłem się do komendanta, i udając, żem go nie poznał, pytam po hiszpańsku! — Kto tu? A on mi odpowiada po francusku, widząc na mnie mundur francuski: — Jestem Francuzem, komendantem.

Podniosłem go więc i mówię: — Panie komendancie źle z nami? — Żeby się tylko do miasta dostać, odpowiada mi.
Wziąłem go za rękę i tak obaj dążyliśmy do miasta. W bramie

ledwieśmy się przedarli, taki był natłok wchodzących i wychodzących. Nasi z górnych placówek już tam byli pospieszyli, za nimi zaś ze wszystkich stron cisnęli się Hiszpanie. Wśród ciemnej nocy walka wrzała na rynku zacięta. My teraz razem na rynku zebrani broniliśmy się jak lwy. Komendant stracił głowę zupełnie. Sami więc, bijąc się do upadłego, komenderowaliśmy sobą, cofając się ku bramie, ażeśmy szczęśliwie, odstrzeliwając się ciągle, wydostali się za miasto.

Tymczasem Hiszpanie, z których jedni byli już w mieście, inni z gór biegli i strzelali myśląc, że mi na rynku, bili się sami z sobą wśród nocy aż miło, a my się serdecznie śmiali. Gdy świtać zaczęło, jużeśmy byli uszli z milę na powrót ku Tawernie. Hiszpanie poznali także wnet, że się sami z sobą pobili i zaczęli nas ścigać, ale dognali nas wtenczas, gdyśmy już byli pewni, bo blisko swoich.

____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928