Tortosa

Tortoza nakoniec po różnych sporach i per- traktacyach poddała się d. 2-go stycznia 1811 r. Pół roku trwało oblężenie, które kosztowało Le­gią Nadwiślańską, bardzo wiele drogiej polskiej krwi.

Od dnia 6 lipca grzmiały z obu stron działa i toczyły się liczne, uparte walki. Polacy jak zwy­kle zajmowali najniebezpieczniejsze stanowiska i krwią swoją obficie zlewali fosy i wały Tortozy.

W d. 12 poległ kapitan grenadyerów 2-go pułku Legii, Bal. Zajmował on ten sam dom, w którym pierwszego dnia przybycia pod Tortozę, bronił się Brandt tak walecznie. Hiszpanie zrobili wy­ cieczkę i chcieli ten dom opanować, ale odrzu­ ceni zostali przez Bala. Nie powiodły im się i dwa nowe ataki. Wtem koło południa zaczął podcho­dzić pluton złożony z 20-tu Hiszpanów, który jednak niezwłocznie zawrócił, postrzegłszy polską placówkę.

Tylko jeden z Hiszpanów dał ognia, i ta nieszczęsna, na ślepo puszczona kula, ugo­dziła mężnego kapitana Bala, który był w tylu walkach, oblężeniach i mniejszych starciach, a ni­gdy dotąd nie odniósł ani zadraśnięcia. Kula tra­fiła go w czoło, przeszyła mózg i wyszła tylną częścią głowy. Kapitan legł, jak rażony piorunem, nie wydawszy ani głosu z piersi.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.

 

Takie życie pędzono pod twierdzą katalońską. W sierpniu stracił pułk 2-gi Legii jeszcze jednego oficera, kapitana Wyganowskiego. Znaleziono go niedaleko od obozu zamordowanego. Śmierć ta na Legionistach zrobiła silne wrażenie, zwłaszcza, że pokryta była tajemniczością i nosiła na sobie cha­rakter głębokiej tragiczności. Wyganowski, rzadki wyjątek w tej dobie żołnierki dla żołnierki, sar­kał nieraz na rodzaj wojowania, jaki prowadzono w Hiszpanii i na sposób postępowania z miej­scową ludnością. Oświadczał zawsze głośno, że Hiszpanie mają za sobą wszelką słuszność, że dobrze robią, iż się bronią jak mogą i wobec bezlitośnego najazdu nie brał im za złe zasadzek i skrytobójstwa, popełnianego na pojedynczych osobach armii nieprzyjacielskiej. Powtarzane tego rodzaju poglądy były bodaj unikatem, nietylko już między Francuzami, ale nawet między Pola­kami i dobrze one świadczą, że ciężko obrażone sumienie ludzkie nie umilkło zupełnie w tych du­szach straceńców.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r

Między różnemi wypadkami, jakie przydarzały się pułkom polskim pod Tortozą, zanotujmy je­ szcze jeden. Dnia 26-go września spadły na obóz miliardy much. Wieczór był parny, a chłodniej­szy nieco wiatr od morza, zachęcił oblegających do pootwierania okien w barakach i chatach. Tymczasem zjawiły się muchy, a zjawiły się w tak olbrzymiej ilości, że zakryły niebo.

Straszny ten obłok spuścił się na ziemię. Stworzenia te dro­bne, czarne, stały się tak natrętnemi, że ludzie i zwierzęta omal do szaleństwa byli przez nie przyprowadzeni. Robiono wszystko co można było, by od tego nowego i najdokuczliwszego nieprzyjaciela się uwolnić. Podpalano proch, puszczano z fajek wielkie kłęby dymu, palono słomę, ale nic a nic nie pomagało.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r