Vitoria

Były tam dwa szwadrony pułku gwardji polskich ułanów, przeznaczone do tylnej straży korpusu marszałka Bessiera, który po odebra­nej wiadomości o opuszczeniu Madrytu przez króla Józefa, z korpusem swoim z nadgranicy portugalskiej cofnął się do prowincyj Biskaj­skich. Tam osadziwszy bitnym żołnierzem warowne wąwozy, oczekiwał spokojnie po ciężkim boju i trudach obozowych przybycia Napoleona.

Rozległ się w krajach Iberji, u stóp gór Pirenejskich, niedaleko miasta Wiktorji wśród rozkosznych ogrodów ocienionych rozłożystemi kasztanami wesoły śpiew nadwiślańskich sze­regów.

Były tam dwa szwadrony pułku gwardji polskich ułanów, przeznaczone do tylnej straży korpusu marszałka Bessiera, który po odebra­nej wiadomości o opuszczeniu Madrytu przez króla Józefa, z korpusem swoim z nadgranicy portugalskiej cofnął się do prowincyj Biskaj­skich. Tam osadziwszy bitnym żołnierzem warowne wąwozy, oczekiwał spokojnie po ciężkim boju i trudach obozowych przybycia Napoleona.

Słońce zaszło pogodnie za ostrokończystemi i olbrzymiemi Pirenejami, niebo okryło się ciemniejszym błękitem i wkrótce nastał wieczór cichy i łagodny, a z nim zapanowała cisza w całej okolicy. Lecz w obozie polskich w porze jesiennej, kiedy mu wzajemność uczuć, wiedzieli bowiem że cios, który go dotknął, zanadto jest bolesny.

Wiedzieli, że ciężki jego smutek tylko czas, brzęk oręża, i przyjaźń kolegów złago­dzić zdołają. Stracił on przed kilkunastu dniami brata w bitwie pod Rioseco, z którym od lat dziecinnych nigdy się nie rozłączał. Dni szczęśliwej młodości, wspólnej chwały zasępił i okrył kirem smutku jeden nieprzyjacielski wystrzał.

Kiedy noc późna otoczyła świat ciemną swą szatą, kiedy ognie przygasłe i żołnierze dziennem znużeni trudem zasypiali twardo, on jeden nie zmrużył powieki, przechodząc smutną myślą dni swobodne, w których przed nie­dawnym czasem wspólnie z bratem opatrywał w katedrze Burgos zbroje i miecz mężnego Cyda, lub spoglądając na wspaniałe pomniki z wieków mauratańskich, przenosił się w czasy Abenzeragów. Śmierć nieubłagana zniszczyła wszystko, teraz sam widział tylko istotne gruzy i grobowce wspomnienia.

Kiedy tak w smutnych myślach pogrą­żony bezsennie czas spędza, usłyszał od strony przednich straży głośno i kilkakrotnie powtó­rzone „kto idzie" a w krótce potem przybył oficer z kilkunastu ułanami do obozu. Był to patrol nocny wysłany z innych szwadronów. Komendant ujrzawszy samotnego mło­dzieńca, zeskoczył z konia, a przybiegłszy do niego, wyrzekł:

— Kochany kolego, mam ci zwiastować naj­przyjemniejszą w świecie nowinę: brat twój żyje!

— To być nie może! odrzekł strapiony młody oficer, lecz w duszy jego zabłysła miła nadzieja.

— Tak jest żyje! powtórzył kolega — a na dowód mam z sobą żołnierza, który ci opowie w szczegółach to smutne a zarazem szczęśliwe zdarzenie.

_____

Stanisław Hempel, Z czasów napoleońskich : wspomnienia wojenne Stanisława Hempla b. kapitana pułku Gwardji ułanów polskich Napoleona I., Łukasiewicz, Lwów, 1885

Za danym znakiem przystąpił żołnierz silnej postawy, twarz jego zdobiła kresa świeżo zagojona, a pierś krzyż wojskowy. Po zwykłym ukłonie tak mówić zaczął.

Brat pana porucznika żyje, byłem z nim razem w szpitalu wojskowym w Paiencji. Teraz wysłano go dla ciężkich ran do Bojany. Zdarzenie było następujące: Kiedy przy końcu bitwy pod Rioseco powtórnie uderzyliśmy na karabinierów konnych gwardji hiszpańskiej, rozkazał marszałek Bessiere ustępującego z boju nieprzyjaciela ścigać na całej linii, zostawiwszy na pobojowisku oddział piechoty z chirurgiem dla zrobienia porządku z poległymi i rannymi. Między pierwszymi pochowano kilku naszych żołnierzy, a kilku rannych, w których liczbie i ja się znajdowałem, zawieziono do szpitala wojskowego w Palencji, brata pańskiego je­dnakże nigdzie nie znaleziono i to było po­wodem do wieści o jego śmierci. — W kilka dni przybył do Palcncji inny oddział rannych na wozach pod zasłoną kapitana francuskiego od Woltyżerów, gdzie z radośnem zadziwieniem ujrzeliśmy brata pana porucznika. Smutny był jednak widok, jaki biedny przedstawiał. Głowę miał bowiem bardzo zrąbaną, dwa palce u prawej ręki odcięte i nogę zranioną, przytem tak był zmieniony i słaby, że zaledwie mo­ gliśmy go poznać. Lecz już w przeciągu kró­tkiego czasu przy troskliwóm staraniu lekarzy francuzkich, a nadewszystko skutkiem zapasu sił młodego wieku zaczął przychodzę do siebie i wtenczas nam opowiedział swoje krwawe przygody w tych słowach.

— „Kiedy szwadron, w którym się znajdo­wałem, powtórnie na kawalerją nieprzyjacielską uderzył, i rozproszonych Hiszpanów ścigał w różnych kierunkach, ujrzał się nagle otoczonym w wąwozie przez kilku karabinierów konnych. Natarcie było silne i gwałtowne, a siła nie­przyjaciół przemagała; mimo tego broniłem się z rozpaczą w nadziei szybkiej pomocy. Lecz kiedy walka żołnierzy naszych w inną uniosła stronę, a ja cięty w rękę opuściłem pałasz, i kiedy koń mój ugodzony śmiertelnym wystrza­łom z pistoletu padł podemną, wówczas kara­binierzy zadawszy mi — leżącemu na ziemi — kilka silnych cięć w głowę, uszli za swoimi. Okryły ranami leżałem bez zmysłów i bez ra­tunku obok mego konia przez noc cała, dopiero, gdy cokolwiek odzyskałem przytomność usłyszałem głos ludzki. Sądząc, i to koledzy przychodzą mi w pomoc, zaczą- łeu: się podnosić, lecz niestety! zamiast kolegów ujrzałem kilkunastu chłopów hiszpańskich z  mułami, niosących z pobojowiska różna rzeczy wojskowe. Dostrzegłszy rannego i widząc, że jeszcze żyję, rzucili się z krzykiem słodkiej zemsty na mnie, chcąc mnie zamordować i obedrzeć. Jeden wszakże z nich, po­gnawszy uniform zawołał:
— Dajcie pokój, to jest Polak!
-- te słowa złagodziły dzikość chłopów wziąwszy mnie na muła, przewieźli do rozle­głej miejscowości, gdzie mnie oddali do klasztoru. Lecz tam zamiast ratunku, wtrącony zostałem do ciemnego lochu, a tak straciwszy nadzieję, znękany na ciele i umyśle, oczekiwałem ozięble chwili, w której by zakończono moje męczarnie. Gdy szczęśliwem zdarzeniem w kilka dni po tym wypadku przechodził kapitan francuski z rannymi (o których mówiłem) i pod tą samą wioską w gorących godzinach południa kazał wypocząć żołnierzom, wybiegli uradowani Hi­szpanie na wieść o przybyłych tłumnie z wioski, chcąc się nacieszyć widokiem rannych Fran­cuzów. W szydzącej i rozbestwionej zgrai różnego wieku i płci była młoda Hiszpanka, która pod pozorem widzenia z bliska obozu, przybiegła do samego komendanta oddziału i wyrzekła prędkim lecz cichym głosem:

— W klasztorze jest Polak! i przyłożywszy palec na usta na znak milczenia, znikła w tłumie ciekawych.

Zrozumiał kapitan faancuski daną mu wska­zówkę, wziął dwunastu żołnierzy, wszedł do klasztoru i przemocą wydobył z ciemnego wię­zienia nieszczęśliwego.

— Tu przestał mówić żołnierz, a smutek i radość cisnęły się na przemian w serce mło­dego oficera.

_____

Stanisław Hempel, Z czasów napoleońskich : wspomnienia wojenne Stanisława Hempla b. kapitana pułku Gwardji ułanów polskich Napoleona I., Łukasiewicz, Lwów, 1885

Nareszcie przyszliśmy do Vitotia. To miasto najstarożytniejsze w całej Kastylji, dobrze zabudowane leży w pięknej równinie. Miasto przyjęło nas w swoje mury, tu raz ostatni byliśmy rozkwaterowani jako żołnierze i przyjęci przez mieszkańców. Będąc blizkiemi pola bitwy, byliśmy przejęci nietylko trwogą, wojny, ale i obawą ze strony nieprzyjaznych i rozjątrzonych mieszkańców. Dalej nigdzie nie dostaliśmy już kwatery, tylko pod odkrytem niebem stać musieliśmy na biwaku, albo zakwaterowywać się całym batalionem po klasztorach, z których mnichy pouciekali ze strachu, lub byli przez kołnierzy wypędzeni. W Yietoria zebrała się cała nasza dywizya pod dowództwem generała Yalence, trzeci pułk huzarów holenderskich został do nas przyłączony. Z tego miejsca idąc nie radziłbym nikomu zatrzymywać się przed lub za dywizyą, ponieważ mieszkańcy jeśli mogli nie darowali życia nikomu, w wielkiej liczbie tylko byliśmy bezpieczni. W tej okolicy widzieliśmy pierwszy raz wielkie skórzane naczynia napełnione winem, które pobudzały nas do śmiechu; mogą one w sobie pomieścić 60—70 kwart. Hiszpanie zowią je: la peleja del vine. Jeżeli ów worek jest pełen, wówczas sam się wznosi, jeżeli zaś jesi nalany tylko do połowy, w tedy szynkarka klęka na nim, aby za pomocy rury przymocowanéj z wierzchu wina w dzbanek natoczyć. Bura się wznosi za pomocą powietrza, wówczas worek wydaje przeraźliwy stękający jęk, ale zarazem i smaczne czerwone wino. Wewnątrz worek czarny jest jak smola. Nim się przyzwyczailiśmy do scen z tym przyrządem, byliśmy zawsze w dobrym humorze. Niedługo każdy nasz żołnierz miał mały dwu lub trzy kwantowy worek opatrzony rzemieniem i zawieszony na plecach. Wina nam w marszu nie brakło.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.

Dopiero pod Wiktorją1) przyszło do wielkiej bitwy, w której sam Napoleon komenderował. Widzę go jeszcze dziś, jak z całą paradą i liczną świtą jenerałów, wspaniale ubranych, uwijał się na siwym ko­mu przed frontem naszym, a kule świstały jak grad. Hiszpanie, któ­rych była wielka moc, ogromnie się bronili. Huk był taki, że aż ziemia drżała, ale nie nadszedł był jeszcze wieczór, a jużeśmy ich pokonali. Wieluśmy zabrali w niewolę, reszta uciekała co mogła ku południowi.

_____

Jakub Daleki, Wspomnienia mojego ocja z wojen Napoleońskich, Nowe Miasto, Drwęca, 1928

Tu już obiegała straszna historya o pewnym grandzie hiszpańskim, który zaprosił do siebie na obiad kilku oficerów fran­cuskich i potruł ich, a zarazem siebie, żonę swoje i dzieci. Fakt tak okrutny, dowodzący niesłycha­nej nienawiści do najezdców i niesłychanego za­razem stoicyzmu, wywarł wielkie wrażenie na Polaków. Pułkowi nakazano wskutek tego ostroż­ność i baczność w stosunkach do krajowców, co jednak nie na wiele się przydało.

_____

Zygmunt Lucyna Sulima, Polacy w Hiszpanii (1808-1812), Warszawa, Gebethner i Wolff, 1888 r.